________________________
Louis przewraca się z boku na
bok, wzdychając ciężko i już po chwili tego żałując. Musi być cicho, w jego
łóżku, po zaszczytnej lewej stronie leży dziecko, które prawdopodobnie ma lekki
sen. Cóż, dziecko ma dziewiętnaście lat i samo wepchnęło się pod jego kołdrę,
ale zawsze coś.
Otwiera oczy, nie mogąc już
dłużej leżeć w bezruchu. Podnosi się powoli, bojąc się każdego skrzypnięcia
materaca. Obraca się, by spojrzeć na leżącego chłopaka. Wygląda całkiem uroczo,
ma przybrany, delikatny uśmiech, a potargane loki okalają jego twarz. Louis czuje,
że chłopak zabawi w jego niewielkim mieszkaniu na dłużej, a po drugim razie
trzeba będzie pomyśleć nad ksywką.
Wychodzi do kuchni, by zrobić
sobie kawę. I tak nie może spać, więc równie dobrze może pomyśleć, poczytać
książkę, zrobić coś produktywnego. Cokolwiek. Byle by tylko zająć czymś ręce.
Ta cała sprawa z nogą niepokoiła go, mimo jego doświadczenia. Oczywiście,
cieszył się, bo wreszcie miał porządnego trupa. Lub kończynę tego porządnego
trupa, jednak człowiek latający po niewielkim miasteczku, który precyzyjnie
odcina ludziom nogi, może, cóż, nie być najlepszym powodem do szczęścia. Scena
rodem wzięta z amerykańskiego horroru. Szkoda, że noga nie należała do
Afroamerykanina, wtedy to już po prostu byłby plagiat.
Louis zalewa dwie łyżeczki
sproszkowanych ziaren wrzącą wodą. Nie słodzi, chociaż pewnie powinien, jest
stanowczo zbyt chudy. Bierze z blatu zapalniczkę i idzie do przedpokoju, żeby
wyjąć z kieszeni marynarki papierosy. Powinien był wziąć szlafrok, kiedy
wychodził z sypialni, jest mu stanowczo zbyt zimno w
samych bokserkach. Pieprzona brytyjska jesień. Za dwa tygodnie pewnie dostanie
kataru, a za trzy – zapalenia płuc i umrze w tym maleńkim szpitalu samotnie. Może
to nawet lepiej.
- Kurwa! – krzyczy, kiedy potyka
się o dywanik w korytarzu i ciężko łapie się ściany. Ten dzień jest tylko
lepszy i lepszy, rano spadł z łóżka, a teraz to. Właściwie to jest już jutro,
jest pewnie koło trzeciej, ale kto by się wdawał w szczegóły.
Kiedy drzwi się otwierają, a z
pokoju wychyla się zaspana twarz Harry’ego, on nadal trzyma się ściany, będąc
na wpół zgiętym i wypiętym tyłkiem w stronę chłopaka, jakby coś strzyknęło mu w
plecach i w ogóle nie mógł się ruszyć. Ale tak nie jest, więc prostuje się
szybko, odwracając w jego stronę.
- Hej, Louis, um, nic ci nie
jest? – pyta zaspany. Ziewa przeciągle, drapiąc się w czubek głowy. Nie wygląda
na zbytnio przejętego.
- Nie, nie. Potknąłem się tylko
na tym cholerstwie – mówi, kopiąc ze złością w dywanik, który tylko odgina się
trochę do góry i wraca na swoje miejsce, nic nie robiąc sobie ze złości
właściciela. – Wiedziałem, że trzeba było to wypierdolić wtedy, kiedy się
wprowadzałem.
Harry krzywi się lekko na jego
przekleństwo, ale ignoruje je, zamiast tego pytając:
- Dlaczego wstałeś?
- Nie mogłem spać – odpowiada
mężczyzna, idąc do marynarki, żeby wyciągnąć z niej papierosy. Bierze je i
otwiera paczkę, wyciągając jednego. Wkłada go między usta i odpala zapalniczką,
którą przez cały czas nieświadomie trzymał w ręce, nic sobie nie robiąc z
obecności chłopaka. Ma nadzieję, że da mu tym samym do zrozumienia, że nie ma
ochoty na kolejny numerek, ale Harry nawet się do tego nie pali. Może ten dzień
jednak jest dobry. W końcu ktoś nie męczy go w środku nocy, każąc mu wyczyniać
niestworzone rzeczy.
- Och, okay – odpowiada Harry. –
Przyjdziesz potem?
W korytarzu jest dosyć ciemno,
więc Louis nie widzi zbyt dokładnie wyrazu jego twarzy. Nie wie co wnioskować.
- Um, po co?
- Jest mi trochę zimno, kiedy nie
leżysz obok mnie.
Och. Więc jednak emocjonalny
chłoptaś. Będzie ciężko.
-
- Że co
kurwa?! – krzyczy Louis, natychmiast podrywając się z łóżka. Cholera, to
zmienia postać rzeczy. Tylko dlaczego muszą dzwonić do niego o takich
katorżniczych porach?
Harry obok niego wierci się i
podnosi po chwili, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami i zamglonym od snu
wzrokiem, ale ma pewien rodzaj błogiego wyrazu twarzy, który chyba świadczy o
tym, że dobrze mu się spało. Szczerze mówiąc, chyba trochę zbyt dobrze, jak na
ten durny, twardy materac. Louis mógłby kupić lepszy, oczywiście, ale nie ma na
to ani ochoty, ani siły. Zresztą to i tak nieznacznie poprawiłoby jego komfort
życia.
Louis wychodzi z łóżka, nadal mając telefon
przyciśnięty do ucha.
- Tak,
jasne, mój Boże, zaraz będę.
- Um,
coś się stało? – pyta Harry, a jego głos jest nieco zachrypnięty od spania.
-
Jestem prokuratorem, a mój telefon dzwoni o piątej nad ranem, na co ja reaguję
bardzo głośnym i bardzo mało entuzjastycznym „że co kurwa”. Nie, tylko
przywieźli moje ulubione bułeczki do sklepu na rogu. – Uśmiecha się krzywo,
wciągając na siebie spodnie od garnituru. – A teraz, niesamowicie mi przykro,
że jestem taki niegościnny, ale wypad z mojego mieszkania. – Cóż, po jego
głosie można poznać, że wcale nie jest mu przykro.
- Um,
jasne. Tak. – Harry wychodzi z łóżka i starannie układa pościel po stronie
łóżka, na której spał. Co z tego, że prześcieradło jest wymięte i ma na sobie
żółte plamy zaschniętej spermy, ważne, że kołdra i poduszka są perfekcyjnie
ułożone. Pieprzyć logikę. Ale Louis nie komentuje tego. Pierwszy raz spotkał
się z takim zachowaniem. Może przy odrobinie szczęścia Harry umyje mu jeszcze
naczynia i zrobi pranie.
-
Louis
spogląda w dół i odrzuca płachtę, a Liam Payne subtelnie odwraca wzrok.
Normalnie szatyn nazwałby takie zachowanie amatorskim, ale wie, że mężczyzna
taki nie jest. Prawdopodobnie jest po prostu zbyt dobrze ułożony, by patrzeć na
nagie zwłoki. Właściwie to prawdopodobnie nawet nie można tego nazwać zwłokami.
Noga, dwie pary rąk, głowa, korpus, penis. Wszystko zgrabnie odcięte i
prawidłowo ułożone na zimnej, wilgotnej ziemi. Louis tylko uśmiecha się, nawet
nie mając pojęcia, co bawi go w tej sytuacji.
- Kto to? – pyta.
- Hank Horan – odpowiada Payne.
- Super, a teraz powiedz mi kto
to.
- Um, myślę, że można go nazwać
takim miejscowym pijaczyną?
- Więc nie miał pracy?
- Chyba czasami dorabiał sobie tu
i tam, ale nigdzie nie chcieli przyjąć go na stałe. Zresztą sądzę, że on też
nie za bardzo się palił do roboty.
- Rodzina?
- Miał żonę i dwóch synów. Z tego
co wiem, starszy wyjechał do Manchesteru, młodszy, Niall, niestety musiał
zostać w mieście.
- Och, rozumiem. – Louis uśmiecha
się. – Oczywiście już ich poinformowałeś?
- Syna tak, matki nie było w
domu, a on nie wiedział, gdzie jest.
- Och, wspaniale! – Klaska w
dłonie, jakby to była nowina roku. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Słucham? – Holmes dyszy w jego
ucho, a Louis odwraca się szybko i bardzo chce zrobić krok do tyłu, ale
niestety wtedy wdepnąłby w biały brzuch Hanka Horana. Z całą pewnością nie
byłoby to przyjemne doznanie.
Oddech Holmes pachnie jak kawa.
- Och, wspaniale – powtarza
monotonnym tonem. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Wiem, co pan powiedział –
odpowiada oburzonym tonem i sama cofa się do tyłu, kiedy Louis krzywi się.
- Następnym razem jak coś pani
usłyszy, to niech pani nie mówi „słucham”.
– Uśmiecha się krzywo.
- Dlaczego chce pan zamknąć tę
kobietę? Nawet jeszcze nie została przesłuchana.
- Ta, cóż, ale jest żoną zabitego
pijaka i w noc zakopania jego ciała nie było jej w domu.
- No i co z tego? Może mieć
alibi.
Louis klepie jej ramię z
politowaniem.
- Tak, tak. Na pewno ma.
Odwraca się do Liama, nie
zważając na to, że usta kobiety już otwierają się, by coś odpowiedzieć.
- Gdzie ten dzieciak? I dlaczego
do cholery jesteśmy w czyimś ogródku?
- Nialla przesłuchuje Zayn. I nie
mam pojęcia dlaczego jesteśmy w ogródku należącym do nauczycielki w lokalnym
liceum. Ale została już przesłuchana. Mówiła, że wstała o czwartej rano, ponieważ
chciała sprawdzić sprawdziany i pijąc kawę, zauważyła, że jej trawnik został
naruszony. Więc wyszła z domu, wzięła łopatę i cóż, dokopała się do tego. Och!
I myślę, że ważną sprawą jest, że była kiedyś wychowawczynią Nialla.
- Cudnie! – Ponownie klaszcze w
dłonie. – To teraz czekamy na ekipę. Gdzie jest Holmes?
Odwraca się gwałtownie i zbyt
energicznie, więc uderza kobietę w biust. Ona wygląda na zirytowaną, wszyscy
wokół na rozbawionych. Widocznie nie szaleją za nią zbytnio.
- Przepraszam – mamrocze z niemal
niezauważalnie uniesionymi kącikami ust, co mogłoby zasugerować, że zrobił to
specjalnie. Nie zrobił, ale w sumie dobrze się stało. – Musi mi pani
opowiedzieć więcej o tej rodzinie.
-
Louis
Tomlinson był niezadowolony. Niewytłumaczone zadowolenie, które wypełniało go
rano, teraz go opuściło, sprawiając, że znowu był swoim profesjonalnym, mało
entuzjastycznym sobą. Emocjonalna opowieść Holmes o Horanach przyniosła sporo
informacji i sprawiła tylko, że Louis był jeszcze bardziej przekonany, że
morderstwo popełniła szyja rodziny. Lub ewentualnie ten dzieciak. Albo razem.
Hank Horan był nadużywającym alkoholu eks inżynierem, Maura Horan pracowała
jako sprzątaczka w szkole podstawowej, a Niall Horan był ich dzieckiem. Miał
jeszcze brata, Grega, który jako jedyny się wyrobił i idąc po rozum do głowy,
spieprzył tak daleko od Beverley, jak tylko mogły mu na to pozwolić jego nawet
niezłe oceny i niewielka suma zarobionych pieniędzy. Louis powinien był zrobić
to samo, póki jeszcze mógł. Ale teraz chyba było już za późno.
-
Louis
westchnął ciężko, wrzucając do kosza karton skiśniętej maślanki, kilka plastrów
zeschłej wędliny i pół bakłażana. Po zastanowieniu dorzucił do tego jeszcze
sushi kupione w Tesco. Cały czas kupował za dużo, z jakiegoś powodu kiedy robił
zakupy, jego mózg przestawał kierować rękoma, przez co praktycznie co dwa, trzy
dni musiał wyrzucać jedzenie. To było żałosne, że nadal nie mógł się
przestawić, że nadal nie mogło do niego dojść to, że nie miał już rodziny. Że
do jego domu w każdy piątek nie schodzili się albo jego kumple z pracy, albo
koleżanki jego żony. Nie mogło do niego dojść, że już raczej nikt nie zaprosi
go na grilla w niedzielne popołudnie.
Posiłki
były nawet bardziej okropne, niż przychodzenie do domu z toną zakupów i
orientowanie się, że znów nakupił jedzenia jak dla trzyosobowej rodziny. Jadł w
samotności, po jakimś czasie rezygnując nawet z włączania radia lub telewizora.
Ta głupia imitacja ludzkiej obecności irytowała go, wpędzając w nawet większe
przygnębienie. Spieprzył. Wiedział to. Wiedział, że nie jest tak szczęśliwy w
Beverley, jak był w Londynie. I może oszukiwał samego siebie, kiedy rano
całował Eleanor w policzek, może palił trochę za dużo papierosów i praktycznie
cały czas udawał, że czuje się dobrze, że monotonia dużego miasta go nie męczy,
ale przynajmniej miał kogoś, z kim mógł normalnie porozmawiać. Nie o odciętych
nogach, paragrafach albo wymyślnych ciastach. Nie o seksie, bezsennych nocach i
nieistniejących uczuciach.
Myślał, żeby wrócić do Londynu,
ale nie miał do czego. Myślał, żeby znaleźć kogoś, kto nie będzie tylko wkładem
do łóżka, ale nie miał na to siły. Nie miał siły na nic.
Wrzucił do kosza jeszcze
zeschniętą grahamkę i westchnął ponownie. To nie tak, że był całkowicie
samotny. Miał jeszcze Eleanor, miał Vivian. Sięgnął po telefon leżący koło
kuchenki i wszedł w kontakty. Zaczął przewijać, minął literę ,,e”, aż w końcu
doszedł do ,,s”. Cholera, już dawno powinien był zmienić nazwę. Słońce. Był taki żałosny. Nie mówił do
Eleanor tym przezwiskiem już przynajmniej dwa porządne lata. Z zaciśniętym
żołądkiem nacisnął przycisk wybierania.
- Halo?
- Cześć, to ja.
- Wiem przecież, wciąż jeszcze
nie usunęłam twojego numeru. Czego chcesz?
Była niemiła, ale Louis nawet nie
mógł się zdobyć na winienie jej za to. To wszystko była jego wina. To on był
tym złym w tej całej sprawie.
- Chciałem się zapytać co u V.
- Wszystko dobrze, dzisiaj są u
niej przyjaciółki, więc jeśli chciałeś z nią porozmawiać, to…
- Och. Nie, w porządku. Rozumiem.
Niewidzialna ręka na jego żołądku
zacisnęła się jeszcze bardziej, wbijając w niego ostre i długie paznokcie, a
następnie ciskając nim w dół.
- Będą nocować? – zapytał, ciężko
przytrzymując się blatu.
- Tak. Louis, proszę cię, jeśli
chcesz czegoś konkretnego, to powiedz, muszę im jeszcze przygotować kolację.
- Ugh, tak. Kiedy V mnie
odwiedzi? Odnoszę wrażenie, że utrudniasz nam kontakty.
- Louis, nie wiem, sam jej
zapytasz, kiedy będzie wolna. Doskonale wiesz, że ona nie lubi tamtego miasta.
Poza tym gdybym próbowała je utrudniać, to nikt nie mógłby mnie winić, po tym
co zrobiłeś.
- To może ja przyjadę.
- Tak. Może. Jak chcesz. – Jej
głos był znudzony i zmęczony. – Louis, to wszystko? Proszę, mam sporo pracy.
- Tak, dobrze. Ucałuj ode mnie V,
kocham ją.
- Dobra.
Louis czekał, aż powie coś
jeszcze, ale nic takiego się nie stało. Słyszał w tle głosy dzieci i granie
radia. Przełknął ciężko ślinę i nacisnął czerwoną słuchawkę, a w trzypokojowym
mieszkaniu w Beverley zapadła niczym niezmącona cisza.
chciałabym napisać, że coś rozumiem, ale nie lubię kłamać...
OdpowiedzUsuńjesteś świetna w knuciu intryg
zastanawiam się jak rozwinie się cała ta sytuacja z Harrym... w sensie relacji z Louisem i tej sprawy z ojcem Nialla
i kiedy Louis zacznie się jako tako uczłowieczać, a jego zgorzkniałe "ja" zacznie się przeistaczać, jeśli mam być szczera, to wolałabym, żeby nie zmieniał się zbytnio, lubię go takiego :)
nie pozostaje mi nic jak tylko czekać na kolejny rozdział
@polishcurls
Hmm szczerze to nie wiem o co i jak z tym jest, ale powoli się rozwija. Za mało dialogów, za mało Harry'ego, za mało "tego" czegoś, idk. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Do następnego. :) / @fxcjar
OdpowiedzUsuń