środa, 4 listopada 2015

Rozdział IV

Harry leżał na jego kolanach i bawił się sznurkiem swojej ciemnozielonej bluzy. Na jego białej koszulce widać było trochę okruchów z ciasta, których nie chciało mu się strzepać. Miał lekko przymknięte powieki, kiedy patrzył się w jasny ekran telewizora. Jego policzek był mocno przyciśnięty do uda szatyna, a z jego na wpółotwartych ust wypływała strużka śliny, mimo tego, że wcale nie spał. Wyglądał na lekko znudzonego, ale to nie wina Louisa, że nie miał w domu filmów z młodym Leonardem DiCaprio (z wyjątkiem „Titanica”, ale szatyn był zmuszany do oglądania tego zbyt wiele razy) lub Johnnym Deppem. Miał za to „Skazani na Shawshank”, więc teraz oglądali to. 

Louis miał w domu wiele filmów. Część była kupiona legalnie, część miał zwyczajnie zgranych na płyty dzięki jego przyjacielowi z policji, który miał w domu nagrywarkę. W sumie to zabawne, bo nie było to dozwolone przez prawo, ale jednak Louis za nic mu nie płacił, więc całość podchodziła pod użytek własny.

Harry przewrócił się na plecy, więc miał idealny widok na podbródek Louisa.

- Zdradź mi zakończenie – powiedział jękliwym głosem, wijąc się lekko na kanapie. – Czy ten murzyn też się zabije, czy raczej uda mu się nie zwariować?

- Ten murzyn opowiada tę historię, a opowiada ją raczej konkretnie – śmieje się lekko Louis, spoglądając w dół. Jakoś jemu też znudziło się oglądanie filmu. Zrobiło się już późno, na pewno było już po dwudziestej trzeciej i może to był efekt starzenia się, ale zachciało mu się spać. Ostatnio jego życie krążyło wokół pracy, spania i kawy, pracy, spania i kawy. I może jeszcze ciast od Królowej Lodu.

- Więc jak się skończy? Szczęśliwie? – mruczy w jego kolano, podwijając do siebie swoje własne i zwijając się tym samym w kulkę. – Jeśli nie, to powinienem cię pozwać za to, że zmusiłeś mnie do oglądania tego!

Harry staje się nieco dramatyczny, kiedy jest śpiący. Być może Louis to lubi.

- Ale to nie miałoby sensu, prawda? – kontynuuje. – Jesteś pieprzonym panem prokuratorem, raczej trudno byłoby wygrać.

- Trudno byłoby w ogóle kogokolwiek za to pozwać. Przecież to…

- Och, zamknij się, wielki znawco kodeksu karnego – mruczy, nadal się wiercąc. – Jestem śpiący. Nie będę z tobą dyskutował, kiedy jestem śpiący.

- Więc może chodźmy do łóżka? – sugeruje Louis, bardziej pytając. Być może brzmi nieco chamsko. Miał starać się być milszy. Miał też przytyć. Ha. Ha ha.

-

                Odebrał od niego butelkę piwa, pociągając z niej łyka. Było koło dwudziestej drugiej, a on na szczęście nie miał tego dnia zmiany, więc mógł wyjść gdzieś z kolegami, chociaż matka oczywiście nie chciała go puścić. Typowo. Jak zwykle jęczała coś o tym, jak to on nie chce siedzieć w domu z nią i z ojcem, ale jak niby miał się zachować? Był dwudziestodwuletnim prawiczkiem, który nie był na studiach i miał chujową, ciężką i źle płatną pracę, którą i tak pewnie wkrótce odbierze mu jakiś Polak, który będzie wdzięczny za to, że raz na dwanaście godzin może pójść na przerwę, żeby się wysikać.

                Butelka w czasie jego rozmyślań przeszła pełne koło, więc znów mógł z niej pociągnąć. Trzeba było kupić coś o wyższym procencie alkoholu, może jakąś wódkę. Przynajmniej rozgrzałaby ich i przestałoby im być tak cholernie zimno na tym mrozie. Szkoda, że żaden z nich nie miał wolnej chaty. Szkoda, że wszyscy byli takimi samymi nieudacznikami.

-

                Siedzieli w tej samej kawiarence co ostatnio. Payne zamówił kawę rozpuszczalną i jabłecznik, Louis zwykłą czarną i sernik z mandarynkami. Na ich stoliku stał laptop i leżało trochę porozrzucanych papierów, w których Payne trochę pogrzebał, zanim zaczął mówić.

                - Mamy zeznania Horanów, mamy zeznania przyjaciela Nialla i mamy zeznania Johnsonów oraz ludzi, którzy widzieli Maurę. Teraz możemy to wszystko porównać.

                Poklikał chwilę na komputerze i wydał z siebie przeciągłe ,,hmm”.  Jego gęste brwi zmarszczone były w skupieniu, kiedy czytał coś z lekko przygryzioną wargą. Louis przyjrzał mu się bliżej.

                Nie mógł powiedzieć, że Liam Payne nie był przystojny, bo był. Miał ładną, niezbyt ostrą linię szczęki z niewielkim, równo i elegancko przystrzyżonym zarostem. Jego oczy miały delikatny, dość jasny odcień brązu, a szeroki nos i włosy wystylizowane w niewielkiego quiffa pasowały do całości. Posiadał też zmarszczki. Były mocno widoczne w kącikach jego oczu i przy ustach, wskazując na dobre życie, kilka też orało jego czoło. Tylko to w jego wyglądzie wskazywało na to, że nie był tuż po studiach. Zwłaszcza, że jego poczciwa, szczera, uczciwa i przyjemna twarz nie do końca pasowała do jego szerokich, niemal niedźwiedzich barków. Louis czuł się przy nim jak chucherko.

                - Niall i Maura widzieli Hanka po raz ostatni trzy dni przed znalezieniem jego ciała. Nie zgłaszali zaginięcia, bo podejrzewali, że po prostu któryś z jego kolegów miał więcej kasy i mieli razem trzy dni picia.

                - To prawdopodobne? – przerwał mu Louis, upijając łyk niesłodzonej kawy ze swojej filiżanki. Jego sernik jeszcze nie został ruszony, w sumie kupił go tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia. Dzisiaj na śniadanie zjadł razem z Harrym ciasto marchewkowe, które przyniósł chłopak, więc od większej ilości cukru możliwe, że mogłoby go zemdlić.

                - Raczej tak. Wiesz, że Hank był okropnym pijakiem i tej rodzinie lepiej byłoby bez niego. Prędzej raczej cieszyli się z jego zniknięcia.

                - No właśnie, więc mieli motyw.

                - Tak, ale poczekaj. Hanka nie było u żadnego z jego kolegów, przynajmniej tak oni zeznali. Ale któryś z mieszkańców widział go w nocy z dwudziestego szóstego na dwudziestego siódmego września przy Greyfrias i Thurstand.

                - To znaczy gdzie? Co tam jest? – Louis uniósł głowę znad serwetki, z której próbował złożyć łódkę.

                - To tak jakby małe poletko. Jest tam trochę drzew, przechodzi przed nie mała dróżka. Taka łąka trochę. Ale to jest w bogatszej części miasta, nie wiem, co on mógł tam robić… Wysłałem tam kilku chłopaków, żeby popatrzyli, ale ostatnio padało, więc wszelkie ślady butów na pewno zniknęły. Ale może coś upuścili…

                - A ten świadek? Co konkretnie widział?

                - Hanka rozmawiającego z jakimś mężczyzną. Na Horana padało światło z latarni, więc jest przekonany, że to był on, ale tamten mężczyzna stał odwrócony do niego tyłem, w dodatku w cieniu, więc nie mógł nic o tym powiedzieć.

                - Oczywiście – prychnął prokurator, rzucając na stół koślawą łódkę z serwetki i odchylił się do tyłu na krześle, balansując na dwóch nogach. Po chwili opadł z powrotem i upił łyk kawy.

                Próbował ułożyć sobie to wszystko w głowie, ale nic do siebie nie pasowało. Kim był ten mężczyzna? Którymś z jego kolegów, który skłamał? Nieznajomym? Jakąś rodziną? Starym przyjacielem z przeszłości, który nagle wrócił i zaczął być upierdliwy? Nie, to zdarzało się tylko w filmach. Ten dzieciak, Niall? Coś kliknęło w mózgu Tomlinsona.

                - Mówiłeś, że przesłuchiwaliście przyjaciela młodego Horana?

                - Uh, tak. - Liam pogrzebał chwilę w papierach i wyciągnął jedną kartkę, podając ją Louisowi. – Nazywa się Harry Styles i opowiadał coś o tym, że Niall martwił się o swojego ojca. To może być prawda, Niall zawsze zachowywał się dosyć… - przerwał, szukając odpowiedniego słowa – opiekuńczo. Zawsze się wszystkim zamartwiał.

                - Jezus. – Louis śmieje się ponuro, łapiąc za głowę, a łokcie opierając na kolanach. – Harry Styles?

                - Um, tak… To powiedziałem.  A co, coś nie tak? – zapytał, a szatyn uniósł wzrok. Miał zmartwienie wymalowane na twarzy, z jego oczu aż biło „powiedz mi, wysłucham i zrozumiem, a także dam ci dobrą radę, która naprawi twoje życie i już nigdy więcej nie będziesz nieszczęśliwyA potem dam ci mleko i świeżo upieczone ciasteczka”.

                - Nie, nieważne – odpowiedział, nadal nie będąc w stanie wyzbyć się rozbawienia z głosu. Może powinien teraz gdzieś przedzwonić. Lub przeciwnie, usunąć czyjś numer z telefonu. Ale zdecydował się czekać, być może Harry Styles zapewni mu inny rodzaj rozrywki w niedalekiej przyszłości. – Wróć, mówiłeś o Niallu. Znałeś go?

                - Nie, nie do końca, ale przecież jesteś tu już jakiś czas, wiesz, jak jest. Każdy się tu zna i po prostu zawsze mówił mi dzień dobry. Był dosyć wesołym dzieciakiem, co na dobrą sprawę było dziwne.

                - Myślisz, że mógł być mordercą? – Louis zapytał, a Liam zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu, jakby usłyszał najzabawniejszą rzecz na całym świecie.

                - Nie, oczywiście, że nie. Niall nie skrzywdziłby nawet muchy.

                - A Maura Horan?

                Liam przestał mieć rozbawiony wyraz twarzy i westchnął ciężko, patrząc się tępo w stolik.

- Nie wiem. Może…

-

                Harry dzwoni do jego drzwi dwa dni później, około godziny dwudziestej, szczerząc się do niego niemiłosiernie, mimo tego, że z jego włosów i ubrań kapie woda.

                - Cześć! Przepraszam, że do ciebie nie dzwoniłem ani nie dawałem znać, ale miałem dużo do roboty, muszę pracować, cóż. No ale jestem!

                Najwidoczniej Harry Styles jest osobą, która łatwo wpasowuje się w życie innych.

                Louis wpuszcza go z cynicznym uśmieszkiem na ustach.

                - Nic się nie stało, ale myślę, że zapomniałeś mi też powiedzieć o innej sprawie.

                - To znaczy? – Harry marszczy brwi w sposób, który może być tylko trochę uroczy. Nadal stoją w progu, to raczej nie jest dla niego dobry znak.

                - Nie wiem, jak mogłeś być tak głupi i myśleć, że gdy dowiem się, że jesteś najlepszym przyjacielem syna zabitego mężczyzny, którego sprawę prowadzę, będę taki „och, okej, chodźmy się pieprzyć”.

                Zrozumienie wypływa na twarz bruneta, która jednak nadal jest zmarszczona.

                - Nie myślałem tak. Myślałem, że to nie ma znaczenia, że jesteś prokuratorem, poza tym kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, nawet nie wiedziałem…

                - Nie wiedziałeś, że będę prowadzić tę sprawę? Och, uroczo. – Louis nie może powstrzymać się od sarkazmu, ale nawet nie chce. Mimo tego, że Harry wygląda jak zbity i skonsternowany kudłaty psiak.

                - Nie wiedziałem, że jesteś prokuratorem – mówi spokojnie, a Louis aż rozdziawia usta ze zdziwienia.

                - Słucham?

                - Nie wiedziałem, czym się zajmujesz. Wiesz, może i chodzisz w garniturach i jesteś nieprzyjemny i w ogóle, ale nie masz słowa „prokurator” wyrytego na twarzy.

                Louis nadal nic nie mówi.

                - Ale jeśli przeszkadza ci to, z kim się przyjaźnię, to okej. Mogę sobie pójść, ale myślałem, że choć trochę mnie polubiłeś.

                Teraz to już zupełnie wygląda jak kudłaty psiak. Może w dodatku mokry i trochę zbity, proszący oczkami o wpuszczenie za próg, gdyż na dworze obficie pada deszcz.

                - Ja… Jezu, przepraszam. – Louis potrząsa głową, otrząsając się z tej wizji i odsuwa się z przejścia. – Wejdź.

                Harry odsuwa się z przejścia i tak jak kilka dni wcześniej, zdejmuje buty, schludnie ustawiając je pod ścianą. Zdejmuje z siebie też ortalionową kurtkę, którą miał na sobie i wiesza ją na wieszaku przy drzwiach. Louis idzie w głąb mieszkania.

                - Poczekaj, dam ci coś do wytarcia się. Nie miałeś parasolki albo czegoś w tym stylu? – pyta głośniej, kierując się do sypialni po ręcznik, który wyciąga z szafy. Kiedy wraca do salonu, Harry już siedzi na kanapie, nogi trzymając pod brodą.

                - Nie, niestety nie. Nie pomyślałem.

                - Ale przecież pada cały dzień. – Louis marszczy brwi, podając mu ręcznik, którym chłopak natychmiast zaczyna wycierać już wcześniej roztrzepane włosy.

                - Wychodziłem z domu o piątej, wtedy nie padało – wyjaśnia Harry, patrząc na szatyna kątem oka.

                - Piątej rano?

                - Tak.

                I, och, Louis nie ma pojęcia co na to odpowiedzieć. Myśli, że Harry jest naprawdę dziwnym nastolatkiem, właściwie już młodym dorosłym, bo przecież skończył osiemnaście lat. Nie wie, czy powinien zapytać, czym zajmuje się chłopak, bo to jego sprawa, a ich relacja jest dziwna, jednak naprawdę chciałby wiedzieć co robi, gdzie pracuje. Ostatecznie widzieli się dopiero trzy razy. Lub aż. Louis nie wie w jakich kryteriach to rozpatrywać.

                - Um, dać ci jakieś ciuchy? Musi być ci cholernie zimno, możesz zachorować – mówi, kiedy orientuje się, że stanie w miejscu jak głupek i tylko przyglądanie się Harry’emu może być nieco dziwne.

                - Jeśli byś mógł?

                Ponownie idzie do pokoju i wraca z jakąś bluzą, którą dawno temu kupiła mu Eleanor, ale tak naprawdę nigdy w niej nie chodził, a także dresami. Rzuca te rzeczy Harry’emu i siada na fotelu, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć. Może zaproponowałby herbatę albo coś, ale po pierwsze nie chce mu się wstawać, a po drugie to brzmiałoby trochę tak, jakby mu się narzucał lub, co gorsza, opiekował nim.

                Harry ściąga z siebie mokre ciuchy, wiesza je na grzejniki, po czym zakłada te suche, nie przejmując się w ogóle obecnością Louisa.

                - To co dziś robimy?

piątek, 16 października 2015

Rozdział III

PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA ŚWIADKA. Maura Horan, urodzona 18 kwietnia 1968 roku, zamieszkała w Beverley przy ulicy Singston 28, wykształcenie średnie, bezrobotna. Stosunek do stron: żona Hanka Horana (ofiary). Niekarana za składanie fałszywych zeznań.
Uprzedzona o odpowiedzialności karnej z art. 233 kk zeznaję, co następuje:
Hanka Horana poznałam wiosną roku 1984. Ja miałam wtedy dwadzieścia cztery lata, on trzydzieści jeden. Poznaliśmy się na jakiejś domówce, już nie pamiętam dokładnie jakiej. Od razu się sobie spodobaliśmy. Pobraliśmy się dwa lata później, nie chcieliśmy dłużej czekać. To były inne czasy, wtedy żeniło się bardzo wcześnie. Rodzice Hanka byli niezadowoleni, że był po trzydziestce i wciąż nie miał żony, dlatego wręcz nalegali, byśmy się pobrali. Moi rodzice nie pochwalali tego związku, twierdzili, że Hank był dla mnie zbyt stary, że powinnam znaleźć sobie kogoś młodszego. Ale w końcu nas zaakceptowali. Po ślubie zamieszkaliśmy razem, ogólnie układało nam się dobrze.
Louis jest zadowolony. Kobieta mówi w miarę rzetelnie, rzeczowo odpowiada na pytania, nie zalewając się co chwilę łzami. Jest smutna, przygnębiona i jakby zrezygnowana, jakby przewidywała taki obrót zdarzeń od początku. Szatyn nie do końca jeszcze wie co o tym myśleć, ale czuje, że jest na dobrej drodze.
Kobieta przestała mówić. Ogólnie układało nam się dobrze. To zdanie zapisał jako ostatnie.
- Dopóki? – pyta, obracając w dłoniach długopis i patrząc się prosto w jej oczy.
- Dopóki nie zaczął pić.
Louis poszerza swój lekki uśmiech, ale w rzeczywistości wolałby, żeby kobieta kłamała. Widocznie jest na tyle mądra, by tego nie robić. Szkoda.
Reszta jej wypowiedzi dotyczy nałogu Hanka. W ogóle nie wspomina o tym, że ona też lubiła pić. Zaczyna płakać, kiedy Louis pyta o to, czy bił dzieci, ale mimo to zaprzecza. Tomlinson wie, że kłamie.
                Jej dalsze zeznania dotyczą tego, co robiła w noc zaginięcia mężczyzny. Ma alibi, była u swojej przyjaciółki i jej męża, ale nie jest ono zbyt mocne. Równie niegodne zaufania małżeństwo, co jej i Hanka. Twierdzi, że mężczyzna z domu wyszedł około południa, a później już go nie widziała. Niall to potwierdza.
                Wszystko to śmierdzi na kilometr. Tylko Tomlinson jeszcze nie do końca jest pewien czym.
-
                Przed czternastą z nieba nieśmiało zaczyna kropić deszcz. Louis stoi przy oknie w swoim biurze i patrzy na to, paląc papierosa. Wstąpił tam tylko na chwilę, zaraz musi wychodzić, ale jakoś nie bardzo ma na to ochotę. Na ulicy widzi Holmes, która chowa się pod parasolką, więc szybko zgarnia swój płaszcz z oparcia krzesła i wychodzi, uprzednio zamykając drzwi.
                Po przesłuchaniu Horan, szatyn spotkał się z Liamem i kazał znaleźć wszystkich, którzy mogli widzieć kobietę idącą do Blacków tamtego wieczoru. Ich również kazał przesłuchać, ale z tym raczej nie będzie większego problemu.
                Louis zimno przywitał się z Holmes i najpierw otworzył jej drzwi, dopiero potem samemu wsiadając do swojego samochodu. Mieli pojechać do szpitala. Swoją drogą, był zdziwiony, że w tej dziurze mieli oddział patomorfologii, ale nie narzekał. Jakoś nie chciało mu się odbywać długiej drogi do większego miasta. Zwłaszcza z Holmes.
                - Nie wiedziałam, że jest pan dżentelmenem – odzywa się kobieta z lekko uniesionymi brwiami, a Louis prycha.
                - Jest pani zdziwiona, że potrafię się zachować?
                Holmes nie odpowiada, Tomlinson się nie przejmuje. Włącza tylko radio i stara się nie nucić, kiedy w samochodzie rozlegają się dźwięki Halo Beyonce.
Żałosny.
-
                Na jednym ze stołów leży rozczłonkowane, zupełnie białe ciało Hanka Horana. Nogi chude, pijacki, porządny brzuch, za to ręce silne, jakby mężczyzna kiedyś podnosił ciężary lub pracował fizycznie, może na budowie. Nieprzyjemnie wąskie usta, szeroki nos, z którego, po bliższym przyjrzeniu się, wystaje kilka ciemnych włosów. Głęboko osadzone, duże oczy, odstające uszy i lekko posiwiałe już włosy.
                Trzasnęły drzwi, zza których wyłonił się przystojny mężczyzna koło czterdziestki. Miał ciemne włosy, uformowane w quiffa i przyjazny uśmiech, z jakiegoś powodu na stopach eleganckie, skórzane buty. Spod białego kitla wystawały obcisłe dżinsy w klasycznym, ciemnoniebieskim kolorze. Uroczo. Robi się po prostu lepiej i lepiej. Chyba nie rozmawia właśnie z lekarzem sądowym, tylko wysoko opłacanym chirurgiem, który pracuje we własnej klinice i dostaje masę pieniędzy za przerabianie nosów i powiększanie cycków własnym kochankom. Jezusie. Czym takim Louis sobie na to zasłużył? Już i tak jest samotny i zgorzkniały, nie potrzeba mu jeszcze użerać się z takimi ludźmi.
                Pokonując chęć zachowania się jak kompletny gbur, Louis wyciągnął rękę w stronę mężczyzny.
                - Louis Tomlinson, prokuratora rejonowa.
                Mężczyzna uśmiechnął się pseudo czarująco i delikatnie ścisnął jego rękę swoją wypielęgnowaną, gładką dłonią. Prawdopodobnie gdyby pozwalała mu na to jego praca, jego paznokcie muśnięte byłyby odżywką.
                Louis zdecydowanie sobie na to nie zasłużył.
                - Nicholas Grimshaw, ale wystarczy Nick. Bardzo mi przyjemnie, Hanna mi o panu opowiadała.
                Mówił zbyt wolno i wydumanie, jakby chciał wywrzeć dobre wrażenie, ale jego jedynym doświadczeniem w tej kwestii było oglądanie słabych filmów amerykańskich z ubiegłego wieku.
                Grimshaw wyciągnął z kitla gumowe rękawiczki i naciągnął je z trzaskiem, szczerząc się serdecznie. Podszedł do stołu z ciałem, a prokuratorzy wycofali się pod ścianę, na krzesełka, które tam stały. Brunet wcisnął guzik dyktafonu.
                Jest 3 października 2014 roku, oględziny zewnętrzne i otwarcie zwłok Hanka Horana, lat pięćdziesiąt cztery, przeprowadza Nicholas Grimshaw, biegły w zakresie medycyny sądowej, w zakładzie anatomopatologii Samodzielnego Publicznego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Beverley. Obecni prokuratorzy Hanna Holmes i Louis Tomlinson. Oględziny zewnętrzne…
                Siedzieli w ciszy, słuchając monotonnego głosu mężczyzny, opisującego kolejne czynności. Kobieta wzdrygnęła się, kiedy Grimshaw piłą przecinał mostek. Na szczęście stał on do nich tyłem, więc nie widzieli zbyt wiele. Louis pokrótce opowiedział jej przesłuchanie Maury Horan, ale nie zadawała pytań na ten temat. Nie było po co, było zbyt wcześnie, by wysuwać ewidentne wnioski. Louis chciał zapalić, ale żeby to zrobić musiałby wyjść na dwór, na deszcz i zimno, i pewnie zostać ochlapanym brudną wodą przez przejeżdżający autobus. Wolał przecierpieć.
                Wkrótce Grimshaw skończył i podszedł do nich, już bez rękawiczek.
                - Chodźmy porozmawiać – powiedział, a Louis zerknął za niego, gdzie leżały otwarte zwłoki, narządy wewnętrzne znajdowały się tak po prostu na widoku, kości bieliły się pośród całej tej czerwieni, a biała skóra zwisała bezwładnie. – Och, proszę się nie obawiać. Mój asystent ją zszyje – dodał mężczyzna z uśmiechem.
-
                Grimshaw przebrał się z kitla i miał teraz na sobie koszulę w granatową kratę, przez co strasznie przypominał Louisowi mniej umięśnioną i dużo bardziej irytującą wersję Liama Payne’a. Wyglądał jak koleś sprzedający w telewizji cudownie odchudzające opaski albo gazy odprowadzające z organizmu toksyny. Tak też się zachowywał. Jakby na siłę próbował opchnąć światu kit, że jest idealnym człowiekiem, poprawnym pod każdym pieprzonym względem. Prawdopodobnie nie miał żony, a jeśli miał, to była blondynką, właścicielką fitness klubu, która codziennie odwiedzała kosmetyczkę, by zrobić sobie manicure. I oczywiście nie miała czasu na dzieci. Ale co taka kobieta robiłaby w tej dziurze…
                Louis zastanawiał się, czy trafił. A może Nicholas był gejem. Szatyna nic by nie zdziwiło.
                - W sumie to nie ma bardzo o czym mówić – zaczął mężczyzna swoim firmowym głosem, w ogóle nie przypominającym tego, którego używał podczas oględzin. – Cięcia są bardzo precyzyjne, wykonane prawdopodobnie brzytwą, tasakiem lub czymś podobnym, w każdym razie musiało to być ogromne. Gdy to się stało żył, ale był nieprzytomny. Osoba, która to zrobiła także umyła ofiarę, bo na pewno wszystko było we krwi. Nie wiem po co, skoro potem i tak go zakopał… - dodał z zamyśleniem. Był rzeczowy, to Louis musiał mu przyznać.
-
                Niewyżyty dzwoni do niego koło dwudziestej pierwszej z pytaniem, czy może przyjść. Louis wydaje z siebie głośne westchnięcie, nawet nie starając się ukryć lekkiego poirytowania. Miał pracowity dzień, jest naprawdę zmęczony, szarlotka Królowej Lodu nie dodała mu zbyt wielu sił i chyba ostatnią rzeczą, której pragnie, jest uprawiać seks z tamtym kolesiem. Louis rozumie – mała wiocha na końcu świata, mało społeczności LGBT, mało chętnych penisów, które mogą go wypieprzyć. Ale też nie rozumie, dlaczego chłopak tak bardzo się go uczepił. Niewyżyty ma niezłe ciało, Louis ma wystające kości i po jego wiecznej opaleniźnie nie zostało już nic. Nawet jego tyłek wydaje się być jakoś mniej okrągły, co na początku bardzo ugodziło w jego ego, jednak teraz już nauczył się żyć z faktem, że jego najlepsze lata minęły.
                Więc Louis odmawia Niewyżytemu, tłumacząc się bólem głowy i zmęczeniem. Powinien wymyślić jakąś inną wymówkę. Kiedyś to była wymówka, teraz powoli staje się ona prawdą. Prawdopodobnie musi pójść przebadać się od anemii, czy czegoś w tym stylu. Już dawno nie był na badaniach, to fakt.
                Jakieś piętnaście minut po rozłączeniu się przez Louisa, mężczyzna słyszy dzwonek do drzwi. Nie ma pojęcia kto to może być, przecież nie zna tutaj nikogo, kto by go polubił odrobinę bardziej niż trochę, ale wtedy przychodzi mu do głowy Niewyżyty i zaciska zęby. Jeśli to naprawdę on, to chyba mu coś zrobi. Naprawdę nie ma ochoty na kłótnię z nim. Nie ma ochoty nawet na głupią rozmowę.
                Ale za progiem stoi Harry. Wysoki, lekko naiwny nastolatek z pełnymi, krzywymi ustami i ładnymi oczami. W dłoniach trzyma jakieś plastikowe pudełko i szczerzy się tak szeroko, że Louis nie może się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, który ma w sobie jedynie nutkę szyderczości.
                - Cześć? – To bardziej pytanie niż normalne powitanie i nie do końca rozumie, dlaczego w ogóle dodał ten głupi znak zapytania na końcu zdania. Dlaczego już z przyzwyczajenia stara się być taki jak zwykle, zgorzkniały i wredny, nie respektujący życzliwego zachowania innych, patrzący na wszystko nieprzychylnym wzrokiem. Tak, tego wymaga jego praca. Chłodnego podejścia do sytuacji. Ale to inna sprawa, to inna sprawa, kiedy to, co dzieje się w jego pracy przekłada się na jego życie prywatne, rodzinne. Szkoda, że tę rodzinę już stracił. Przez własną głupotę, chęć oddzielenia się od wszystkiego, od rutyny, nawet od Eleanor, zwłaszcza od Eleanor. A przecież kiedyś ją kochał.
                Potrząsa głową, starając się nie dopuścić do tego, żeby łzy wydostały się spod jego powiek. Ostatnio stał się takim płaczkiem, żałosne. Może to kryzys wieku średniego, może powinien kupić sobie nowe auto.
                - Przepraszam, co mówiłeś?
                Użył słowa przepraszam, to krok w dobrą stronę. Mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości, bla bla bla.
                - Mówiłem, - Harry powtarza cierpliwie, kładąc nacisk na to słowo, ale mimo to się uśmiechając – że widziałem cię dzisiaj na ulicy, około południa. Wyglądałeś na zmęczonego, więc stwierdziłem, że przyjdę i pomogę ci się rozluźnić! – mówi entuzjastycznym tonem. Jest dwudziesta pierwsza, naprawdę, ile ten dzieciak pije kawy i wpieprza ciastek, że ma tyle energii? Dobra, Louis w jego wieku o tej porze imprezował, ale na pewno nie był aż tak entuzjastycznie nastawiony do wszystkiego. Harry chyba widział wszystko w zbyt wyidealizowany sposób.
                - Oh? – pyta Louis głupio. Naprawdę nie może nic poradzić na fakt, że słowo ,,rozluźnienie”, wypływające z ust chłopaka, którego pieprzył tak niedawno, kojarzyło mu się tylko z jednym.
                - I przyniosłem ciasto!
                Jego oczy błyszczą tak, że szatynowi robi się głupio, że wciąż stoją w progu. Obraca się więc bokiem do drzwi, a Harry przechodzi obok niego.

                - Czy mógłbyś to potrzymać, proszę? – pyta, balansując na jednej nodze i wyciągając dłoń, w której trzymał pudełko z ciastem w stronę Louisa, który zabiera je z uniesioną brwią. Harry zdejmuje ze stóp swoje naprawdę zniszczone trampki i schludnie ustawia je pod ścianą, po czym prostuje się dumnie. Nadal uśmiecha się szeroko, przypominając szatynowi żabę. – Obejrzymy coś?

sobota, 12 września 2015

Rozdział II

Przepraszam, że tak długo to minęło, ew. Mam nadzieję, że się wam spodoba i proszę o komentarze. xx
________________________
Louis przewraca się z boku na bok, wzdychając ciężko i już po chwili tego żałując. Musi być cicho, w jego łóżku, po zaszczytnej lewej stronie leży dziecko, które prawdopodobnie ma lekki sen. Cóż, dziecko ma dziewiętnaście lat i samo wepchnęło się pod jego kołdrę, ale zawsze coś.
Otwiera oczy, nie mogąc już dłużej leżeć w bezruchu. Podnosi się powoli, bojąc się każdego skrzypnięcia materaca. Obraca się, by spojrzeć na leżącego chłopaka. Wygląda całkiem uroczo, ma przybrany, delikatny uśmiech, a potargane loki okalają jego twarz. Louis czuje, że chłopak zabawi w jego niewielkim mieszkaniu na dłużej, a po drugim razie trzeba będzie pomyśleć nad ksywką.
Wychodzi do kuchni, by zrobić sobie kawę. I tak nie może spać, więc równie dobrze może pomyśleć, poczytać książkę, zrobić coś produktywnego. Cokolwiek. Byle by tylko zająć czymś ręce. Ta cała sprawa z nogą niepokoiła go, mimo jego doświadczenia. Oczywiście, cieszył się, bo wreszcie miał porządnego trupa. Lub kończynę tego porządnego trupa, jednak człowiek latający po niewielkim miasteczku, który precyzyjnie odcina ludziom nogi, może, cóż, nie być najlepszym powodem do szczęścia. Scena rodem wzięta z amerykańskiego horroru. Szkoda, że noga nie należała do Afroamerykanina, wtedy to już po prostu byłby plagiat.
Louis zalewa dwie łyżeczki sproszkowanych ziaren wrzącą wodą. Nie słodzi, chociaż pewnie powinien, jest stanowczo zbyt chudy. Bierze z blatu zapalniczkę i idzie do przedpokoju, żeby wyjąć z kieszeni marynarki papierosy. Powinien był wziąć szlafrok, kiedy wychodził z sypialni, jest mu stanowczo zbyt zimno w samych bokserkach. Pieprzona brytyjska jesień. Za dwa tygodnie pewnie dostanie kataru, a za trzy – zapalenia płuc i umrze w tym maleńkim szpitalu samotnie. Może to nawet lepiej.
- Kurwa! – krzyczy, kiedy potyka się o dywanik w korytarzu i ciężko łapie się ściany. Ten dzień jest tylko lepszy i lepszy, rano spadł z łóżka, a teraz to. Właściwie to jest już jutro, jest pewnie koło trzeciej, ale kto by się wdawał w szczegóły.
Kiedy drzwi się otwierają, a z pokoju wychyla się zaspana twarz Harry’ego, on nadal trzyma się ściany, będąc na wpół zgiętym i wypiętym tyłkiem w stronę chłopaka, jakby coś strzyknęło mu w plecach i w ogóle nie mógł się ruszyć. Ale tak nie jest, więc prostuje się szybko, odwracając w jego stronę.
- Hej, Louis, um, nic ci nie jest? – pyta zaspany. Ziewa przeciągle, drapiąc się w czubek głowy. Nie wygląda na zbytnio przejętego.
- Nie, nie. Potknąłem się tylko na tym cholerstwie – mówi, kopiąc ze złością w dywanik, który tylko odgina się trochę do góry i wraca na swoje miejsce, nic nie robiąc sobie ze złości właściciela. – Wiedziałem, że trzeba było to wypierdolić wtedy, kiedy się wprowadzałem.
Harry krzywi się lekko na jego przekleństwo, ale ignoruje je, zamiast tego pytając:
- Dlaczego wstałeś?
- Nie mogłem spać – odpowiada mężczyzna, idąc do marynarki, żeby wyciągnąć z niej papierosy. Bierze je i otwiera paczkę, wyciągając jednego. Wkłada go między usta i odpala zapalniczką, którą przez cały czas nieświadomie trzymał w ręce, nic sobie nie robiąc z obecności chłopaka. Ma nadzieję, że da mu tym samym do zrozumienia, że nie ma ochoty na kolejny numerek, ale Harry nawet się do tego nie pali. Może ten dzień jednak jest dobry. W końcu ktoś nie męczy go w środku nocy, każąc mu wyczyniać niestworzone rzeczy.
- Och, okay – odpowiada Harry. – Przyjdziesz potem?
W korytarzu jest dosyć ciemno, więc Louis nie widzi zbyt dokładnie wyrazu jego twarzy. Nie wie co wnioskować.
- Um, po co?
- Jest mi trochę zimno, kiedy nie leżysz obok mnie.
Och. Więc jednak emocjonalny chłoptaś. Będzie ciężko.
-
                - Że co kurwa?! – krzyczy Louis, natychmiast podrywając się z łóżka. Cholera, to zmienia postać rzeczy. Tylko dlaczego muszą dzwonić do niego o takich katorżniczych porach?
Harry obok niego wierci się i podnosi po chwili, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami i zamglonym od snu wzrokiem, ale ma pewien rodzaj błogiego wyrazu twarzy, który chyba świadczy o tym, że dobrze mu się spało. Szczerze mówiąc, chyba trochę zbyt dobrze, jak na ten durny, twardy materac. Louis mógłby kupić lepszy, oczywiście, ale nie ma na to ani ochoty, ani siły. Zresztą to i tak nieznacznie poprawiłoby jego komfort życia.
 Louis wychodzi z łóżka, nadal mając telefon przyciśnięty do ucha.
                - Tak, jasne, mój Boże, zaraz będę.
                - Um, coś się stało? – pyta Harry, a jego głos jest nieco zachrypnięty od spania.
                - Jestem prokuratorem, a mój telefon dzwoni o piątej nad ranem, na co ja reaguję bardzo głośnym i bardzo mało entuzjastycznym „że co kurwa”. Nie, tylko przywieźli moje ulubione bułeczki do sklepu na rogu. – Uśmiecha się krzywo, wciągając na siebie spodnie od garnituru. – A teraz, niesamowicie mi przykro, że jestem taki niegościnny, ale wypad z mojego mieszkania. – Cóż, po jego głosie można poznać, że wcale nie jest mu przykro.
                - Um, jasne. Tak. – Harry wychodzi z łóżka i starannie układa pościel po stronie łóżka, na której spał. Co z tego, że prześcieradło jest wymięte i ma na sobie żółte plamy zaschniętej spermy, ważne, że kołdra i poduszka są perfekcyjnie ułożone. Pieprzyć logikę. Ale Louis nie komentuje tego. Pierwszy raz spotkał się z takim zachowaniem. Może przy odrobinie szczęścia Harry umyje mu jeszcze naczynia i zrobi pranie.
-
                Louis spogląda w dół i odrzuca płachtę, a Liam Payne subtelnie odwraca wzrok. Normalnie szatyn nazwałby takie zachowanie amatorskim, ale wie, że mężczyzna taki nie jest. Prawdopodobnie jest po prostu zbyt dobrze ułożony, by patrzeć na nagie zwłoki. Właściwie to prawdopodobnie nawet nie można tego nazwać zwłokami. Noga, dwie pary rąk, głowa, korpus, penis. Wszystko zgrabnie odcięte i prawidłowo ułożone na zimnej, wilgotnej ziemi. Louis tylko uśmiecha się, nawet nie mając pojęcia, co bawi go w tej sytuacji.
- Kto to? – pyta.
- Hank Horan – odpowiada Payne.
- Super, a teraz powiedz mi kto to.
- Um, myślę, że można go nazwać takim miejscowym pijaczyną?
- Więc nie miał pracy?
- Chyba czasami dorabiał sobie tu i tam, ale nigdzie nie chcieli przyjąć go na stałe. Zresztą sądzę, że on też nie za bardzo się palił do roboty.
- Rodzina?
- Miał żonę i dwóch synów. Z tego co wiem, starszy wyjechał do Manchesteru, młodszy, Niall, niestety musiał zostać w mieście.
- Och, rozumiem. – Louis uśmiecha się. – Oczywiście już ich poinformowałeś?
- Syna tak, matki nie było w domu, a on nie wiedział, gdzie jest.
- Och, wspaniale! – Klaska w dłonie, jakby to była nowina roku. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Słucham? – Holmes dyszy w jego ucho, a Louis odwraca się szybko i bardzo chce zrobić krok do tyłu, ale niestety wtedy wdepnąłby w biały brzuch Hanka Horana. Z całą pewnością nie byłoby to przyjemne doznanie.
Oddech Holmes pachnie jak kawa.
- Och, wspaniale – powtarza monotonnym tonem. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Wiem, co pan powiedział – odpowiada oburzonym tonem i sama cofa się do tyłu, kiedy Louis krzywi się.
- Następnym razem jak coś pani usłyszy, to niech pani nie mówi „słucham”. – Uśmiecha się krzywo.
- Dlaczego chce pan zamknąć tę kobietę? Nawet jeszcze nie została przesłuchana.
- Ta, cóż, ale jest żoną zabitego pijaka i w noc zakopania jego ciała nie było jej w domu.
- No i co z tego? Może mieć alibi.
Louis klepie jej ramię z politowaniem.
- Tak, tak. Na pewno ma.
Odwraca się do Liama, nie zważając na to, że usta kobiety już otwierają się, by coś odpowiedzieć.
- Gdzie ten dzieciak? I dlaczego do cholery jesteśmy w czyimś ogródku?
- Nialla przesłuchuje Zayn. I nie mam pojęcia dlaczego jesteśmy w ogródku należącym do nauczycielki w lokalnym liceum. Ale została już przesłuchana. Mówiła, że wstała o czwartej rano, ponieważ chciała sprawdzić sprawdziany i pijąc kawę, zauważyła, że jej trawnik został naruszony. Więc wyszła z domu, wzięła łopatę i cóż, dokopała się do tego. Och! I myślę, że ważną sprawą jest, że była kiedyś wychowawczynią Nialla.
- Cudnie! – Ponownie klaszcze w dłonie. – To teraz czekamy na ekipę. Gdzie jest Holmes?
Odwraca się gwałtownie i zbyt energicznie, więc uderza kobietę w biust. Ona wygląda na zirytowaną, wszyscy wokół na rozbawionych. Widocznie nie szaleją za nią zbytnio.
- Przepraszam – mamrocze z niemal niezauważalnie uniesionymi kącikami ust, co mogłoby zasugerować, że zrobił to specjalnie. Nie zrobił, ale w sumie dobrze się stało. – Musi mi pani opowiedzieć więcej o tej rodzinie.
 -
                Louis Tomlinson był niezadowolony. Niewytłumaczone zadowolenie, które wypełniało go rano, teraz go opuściło, sprawiając, że znowu był swoim profesjonalnym, mało entuzjastycznym sobą. Emocjonalna opowieść Holmes o Horanach przyniosła sporo informacji i sprawiła tylko, że Louis był jeszcze bardziej przekonany, że morderstwo popełniła szyja rodziny. Lub ewentualnie ten dzieciak. Albo razem. Hank Horan był nadużywającym alkoholu eks inżynierem, Maura Horan pracowała jako sprzątaczka w szkole podstawowej, a Niall Horan był ich dzieckiem. Miał jeszcze brata, Grega, który jako jedyny się wyrobił i idąc po rozum do głowy, spieprzył tak daleko od Beverley, jak tylko mogły mu na to pozwolić jego nawet niezłe oceny i niewielka suma zarobionych pieniędzy. Louis powinien był zrobić to samo, póki jeszcze mógł. Ale teraz chyba było już za późno.
-
                Louis westchnął ciężko, wrzucając do kosza karton skiśniętej maślanki, kilka plastrów zeschłej wędliny i pół bakłażana. Po zastanowieniu dorzucił do tego jeszcze sushi kupione w Tesco. Cały czas kupował za dużo, z jakiegoś powodu kiedy robił zakupy, jego mózg przestawał kierować rękoma, przez co praktycznie co dwa, trzy dni musiał wyrzucać jedzenie. To było żałosne, że nadal nie mógł się przestawić, że nadal nie mogło do niego dojść to, że nie miał już rodziny. Że do jego domu w każdy piątek nie schodzili się albo jego kumple z pracy, albo koleżanki jego żony. Nie mogło do niego dojść, że już raczej nikt nie zaprosi go na grilla w niedzielne popołudnie.
                Posiłki były nawet bardziej okropne, niż przychodzenie do domu z toną zakupów i orientowanie się, że znów nakupił jedzenia jak dla trzyosobowej rodziny. Jadł w samotności, po jakimś czasie rezygnując nawet z włączania radia lub telewizora. Ta głupia imitacja ludzkiej obecności irytowała go, wpędzając w nawet większe przygnębienie. Spieprzył. Wiedział to. Wiedział, że nie jest tak szczęśliwy w Beverley, jak był w Londynie. I może oszukiwał samego siebie, kiedy rano całował Eleanor w policzek, może palił trochę za dużo papierosów i praktycznie cały czas udawał, że czuje się dobrze, że monotonia dużego miasta go nie męczy, ale przynajmniej miał kogoś, z kim mógł normalnie porozmawiać. Nie o odciętych nogach, paragrafach albo wymyślnych ciastach. Nie o seksie, bezsennych nocach i nieistniejących uczuciach.
Myślał, żeby wrócić do Londynu, ale nie miał do czego. Myślał, żeby znaleźć kogoś, kto nie będzie tylko wkładem do łóżka, ale nie miał na to siły. Nie miał siły na nic.
Wrzucił do kosza jeszcze zeschniętą grahamkę i westchnął ponownie. To nie tak, że był całkowicie samotny. Miał jeszcze Eleanor, miał Vivian. Sięgnął po telefon leżący koło kuchenki i wszedł w kontakty. Zaczął przewijać, minął literę ,,e”, aż w końcu doszedł do ,,s”. Cholera, już dawno powinien był zmienić nazwę. Słońce. Był taki żałosny. Nie mówił do Eleanor tym przezwiskiem już przynajmniej dwa porządne lata. Z zaciśniętym żołądkiem nacisnął przycisk wybierania.
- Halo?
- Cześć, to ja.
- Wiem przecież, wciąż jeszcze nie usunęłam twojego numeru. Czego chcesz?
Była niemiła, ale Louis nawet nie mógł się zdobyć na winienie jej za to. To wszystko była jego wina. To on był tym złym w tej całej sprawie.
- Chciałem się zapytać co u V.
- Wszystko dobrze, dzisiaj są u niej przyjaciółki, więc jeśli chciałeś z nią porozmawiać, to…
- Och. Nie, w porządku. Rozumiem.
Niewidzialna ręka na jego żołądku zacisnęła się jeszcze bardziej, wbijając w niego ostre i długie paznokcie, a następnie ciskając nim w dół.
- Będą nocować? – zapytał, ciężko przytrzymując się blatu.
- Tak. Louis, proszę cię, jeśli chcesz czegoś konkretnego, to powiedz, muszę im jeszcze przygotować kolację.
- Ugh, tak. Kiedy V mnie odwiedzi? Odnoszę wrażenie, że utrudniasz nam kontakty.
- Louis, nie wiem, sam jej zapytasz, kiedy będzie wolna. Doskonale wiesz, że ona nie lubi tamtego miasta. Poza tym gdybym próbowała je utrudniać, to nikt nie mógłby mnie winić, po tym co zrobiłeś.
- To może ja przyjadę.
- Tak. Może. Jak chcesz. – Jej głos był znudzony i zmęczony. – Louis, to wszystko? Proszę, mam sporo pracy.
- Tak, dobrze. Ucałuj ode mnie V, kocham ją.
- Dobra.

Louis czekał, aż powie coś jeszcze, ale nic takiego się nie stało. Słyszał w tle głosy dzieci i granie radia. Przełknął ciężko ślinę i nacisnął czerwoną słuchawkę, a w trzypokojowym mieszkaniu w Beverley zapadła niczym niezmącona cisza. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział I

Przepraszam, że tak późno, ale to naprawdę nie moja wina.
_____________________
Louis idzie przez wilgotną trawę, ze złością patrząc na krążących wokoło policjantów, którzy nie pozwolili mu iść drogą ze względu na zacieranie śladów. Doprawdy, jest pewien, że sami już wszystko zatarli. Naprawdę mógł zaparkować z drugiej strony, miałby bliżej, ale przy taśmach policyjnych krążą ludzie i chyba paru dziennikarzy z lokalnych mediów, więc pewnie i tak nie znalazłby miejsca parkingowego. Na pewno sprawy nie ułatwia też fakt, że nogę znaleziono na terenie Norwood Park, który znajduje się dosyć niedaleko centrum i wszelkie sportowe wydarzenia rozgrywają się właśnie tam, gdyż znajduje się tam między innymi duże boisko do gry w piłkę nożną i trochę budynków rekreacyjnych. Całe szczęście, że Louis nie mieszka specjalnie blisko tego miejsca, bo pewnie nie mógłby znieść tego darcia mordy małych dzieci, biegających za piłką i kopiących się po kostkach. Świetna zabawa, ubaw po pachy.
Jest już na boisku i idzie ku jego środkowi, gdzie widzi Liama Payne’a – inspektora, który szczerze mówiąc irytuje go swoją perfekcyjnością, a także Zayna Malika – komisarza, który jest w porządku. Jest tam jeszcze Holmes – pani prokurator, która wiecznie widziała w nim kogoś, kto stał na przeszkodzie jej świetlistej karierze. Zachowywała się głupio, jakby jej nazwisko świadczyło o tym, że była potomkinią Sherlocka i trzeba jej się było kłaniać. Louis mógł sobie zmienić imię na Jezus i oczekiwać tego samego, wyszłoby jednakowo. Stało tam też kilku policjantów.
Louis skinął wszystkim głową na powitanie i podszedł do foliowego worka, którego bezceremonialnie jednak odrzucił. Cóż. Noga. Wręcz nierealnie biała, nie licząc licznie pokrywających ją włosów. Więc niewątpliwie mężczyzny. Prawdopodobnie pomiędzy dwudziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Ale coś było nie tak. Przykuca przy niej i przygląda się miejscu odcięcia. Skóra nie jest w ogóle poszarpana, a idealnie odcięta, tak samo jest z mięśniami, tłuszczem i kością. Wygląda to jak coś odcięte diamentem czy czymś takim.
- Gdzie technicy? – pyta szatyn, wstając i rozglądając się po zebranych. Otrzepuje kolana, chociaż w ogóle nie uklęknął na ziemi.
- Wezwaliśmy już Zoe.
Louis uśmiecha się blado. Oczywiście wszyscy byli tu po imieniu. To już robiło się mniej irytujące, a bardziej zabawne.
- Wezwijcie też ekipę z Kingston. Dobrze, że już otoczyliście teren. A gdzie oficer operacyjny?
Wszyscy patrzą na niego jak na idiotę, a Holmes rozdzia usta, nie wiedząc co powiedzieć.
- Świetnie. Ja wiem, że prawdopodobnie wolelibyście siedzieć teraz w tych swoich klitkach pijąc swoją głupią herbatkę i oglądając mecze, a pogoda jest gówniana, ale wszyscy z domów naokoło... – Zatacza dłonią duży okrąg, o mało co nie uderzając dłonią jednego z gorliwszych słuchaczy. – Mają być przesłuchani. Może jacyś narkomani przyszli tu ćpać o północy, może jakieś dziecko zwiało cichaczem z domu, żeby pograć, może ktoś cierpi na bezsenność albo ma problemy z prostatą. Ktoś mógł coś widzieć. Do roboty.
Policjanci ruszyli do pracy, Liam nadal stał w miejscu, przyglądając się nodze z nietęgą miną, a Holmes podeszła do niego z grymasem na twarzy, który postarzał ją o jakieś dwadzieścia lat. Stanęła zbyt blisko niego, więc zrobił niezbyt subtelny krok do tyłu, a jej grymas się jeszcze bardziej powiększył. Miała pospolite brązowe włosy i pospolite brązowe oczy, ogólnie wyglądała całkowicie pospolicie. Pociągła twarz, niezbyt pełne usta i zbyt wyskubane brwi. Nie była brzydka. Ładna też nie. Była pospolita.
- Przepraszam, to teraz ty prowadzisz tę sprawę? – wypowiada „ty” z pogardą w głosie, jakby Louis był menelem spod spożywczego, który śmierdzi tanim winem i gołębiami.
- Ta?
- A mogę wiedzieć dlaczego?
- Bo mamy tu trupa, a nie nastolatka jeżdżącego autobusem na gapę?
Jej oczy pociemniały jeszcze bardziej, a usta zacisnęły się w linię narysowaną najcieńszym długopisem na świecie.
- Idę prosto do Jen! – mówi i odwraca się na pięcie, a Louis nie wie czy śmiać się czy płakać z tego, że w tym miasteczku ludzie mówią do swoich szefowych Jen. Oprócz tego Holmes zachowała się tak, jakby Louis odebrał jej ukochanego lizaka i nie chciał oddać, a ona pobiegła na skargę do mamy.
Szatyn obraca się do Liama.
- Kawa?
-
- Harry, martwię się.
- Nie masz o co, naprawdę.
- Ale jego nie ma już od kilku dni… - mówi Niall, patrząc na ziemię i szczypiąc dolną wargę palcami.
- Przecież często tak było… Poza tym chyba powinieneś się cieszyć.
- Niby tak, ale to mój ojciec, ja… Nie wiem już co mam myśleć.
Harry uśmiecha się do niego delikatnie i łapie go za dłoń, ściskając lekko.
- Pewnie siedzi gdzieś ze swoimi koleżkami, nie przejmuj się tym. No i jestem pewny, że byłbyś szczęśliwszy bez niego.
- Ale słyszałeś o tym, że podobno znaleziono nogę człowieka w parku?! Całe miasto aż huczy. Co jeśli... – Jego głos załamuje się lekko. – Co jeśli to jego noga?
Harry aż zatrzymuje się w miejscu. Głos Nialla jest przepełniony emocjami, a w jego oczach błyszczą łzy.
- Niall, proszę cię. Gdyby ktoś chciałby zabić twojego ojca, co jest bez sensu, ale okej, to trudziłby się aż tak?
Blondyn kręci głową, cały czas patrząc na swoje stopy.
- No właśnie.
-
Louis i Liam poszli do kawiarni o niezwykle oryginalnej nazwie Vanilla. Co prawda mieli sporą drogę do przebycia, ale było warto, bo podawali tam świetne ciasta i nie najgorszą kawę. Kawiarnia mieściła się w budynku z czerwonej cegły, jakich niemało w Beverley. Można było usiąść też na zewnątrz, ale tego dnia było naprawdę chłodno, więc jedynie w środku siedziały dwie czy trzy osoby.
Louis i Liam usiedli przy oknie, prokurator patrzył przez okno bez wyrazu, rzucając okiem na ponurą ulicę, a inspektor z uśmiechem przyglądał się przyniesionej przez kelnerkę karcie.
Louis przymknął oczy z irytacją. Oczywiście że musiał przeczytać wszystko od deski do deski przed zamówieniem tego co zwykle.
Liam Payne w odczuciu Louisa był zbyt… poprawny. Codziennie przychodził do pracy z uśmiechem na ustach, starannie wystylizowanymi włosami i zaprasowanymi w kant koszulami. Wyglądał jakby miał dwadzieścia pięć lat, chociaż musiał mieć przynajmniej dwadzieścia więcej, skoro był na stanowisku inspektora, co i tak było ogromnym osiągnięciem. Ale nic dziwnego, był zawsze życzliwy i pracowity jak mało kto. Z tego co słyszał Louis miał żonę i dwójkę dzieci – chłopca i dziewczynkę. Poza tym był cholernie wysportowany, co szatyn oczywiście doceniał, więc najprawdopodobniej prowadził zdrowy tryb życia, codziennie rano biegając z psem i wpieprzając marchewki oraz pijąc wodę na śniadanie. Louis wiedział, że takie życie nie było dla niego, ale i tak w pewien sposób mu zazdrościł. A skoro mu zazdrościł i gdzieś w głębi duszy zdawał sobie z tego sprawę, to starał się być dla niego uprzejmy, ale nie zawsze mu wychodziło. Chociaż bycie niemiłym dla Liama Payne’a sprawiało, że Louis czuł się nie najlepiej z samym sobą.
Kelnerka wróciła do nich, stukając obcasami.
Kretynka – pomyślał Louis. – Obcasy w jej pracy, cudowny pomysł. Ciekawe jak bardzo bolą ją stopy po całym dniu roboty.
- Wybraliście coś już, panowie? – zapytała.
- To co zwykle – uśmiechnął się do niej Liam, oddając kartę, a Louis zacisnął ze złości zęby.
- Espresso i ciasto czekoladowe.
- Paskudna sprawa – zaczął temat Payne. – Naprawdę współczuję rodzinie tego człowieka, ale to dziwne, bo ostatnio nie dostawaliśmy żadnych zgłoszeń zaginięć.
Oczywiście – opiekuńczy, pełen współczucia Liam.
- Ciekawe kto mógł coś takiego zrobić – kontynuował, gdy Louis patrzył się ponuro w stolik.
Sięgnął po serwetkę i zaczął bawić się nią palcami.
- Rzeźnik. Jakiś psychol. Wielki fan anatomii ludzkiej. Nie wiem. Póki co nawet nie wiemy kto został zabity, więc trochę za wcześnie na spekulacje dotyczące mordercy czy chociażby motywu zbrodni.
- No tak, ma pan rację.
Louis jest całkiem szczęśliwy, że Liam nigdy nie zapytał czy przejdą na „ty”.
-
Ludzi było coraz więcej, Louis zauważył też blondynkę z kolczykiem w nosie, która kręciła się przy taśmach policyjnych z aparatem, wyglądając jakby starała się zwrócić uwagę któregoś z policjantów, aby podszedł do niej i porozmawiał.
Tymczasem noga została otoczona parawanem i sfotografowana przez technika. Zresztą nawet nie było bardzo co fotografować, około metra skóry, kości i różnych tkanek. I imponujące owłosienie.
Podszedł do niego szef zespołu oględzinowego. Miał przyjemną twarz, ale jego oddech dziwnie pachniał serem.
- Nic nie znaleźliśmy, chociażby guzika. To znaczy było kilka puszek po coca coli, ale wiadomo – teren nie jest prywatny, więc i dzieci przyłażą i śmiecą, raczej na pewno nie zostawił tego morderca. Na ciele nie ma śladów wleczenia. Dzisiaj w nocy padało, więc nie znaleźliśmy również żadnych odcisków butów, śladów opon też nie. Wszystko będzie w protokole.
Louis przewrócił oczami. Więc na dobrą sprawę nie miał nic. Cóż. Trudno. Nie spodziewał się, że będzie inaczej, kiedy dowiedział się, że znaleziono nogę. Nogi nie uciekają sobie od właścicieli, paradując po mieście, wylegując się w zanikłym wrześniowym słońcu i biorąc kąpiele w deszczu, szorując się przy tym również trawą i patykami.
-
                Louis Tomlinson nienawidził swojej szefowej. Z pasją i całą namiętnością, której u niego brak. Jenna Robertson była wydumana i chuda jak kij od szczotki. Próbowała podkreślić swoją kobiecość, zaciskając na swojej talii pasek, przez który, Louis był tego pewny, kompletnie nie mogła oddychać, a już na pewno nie przełykać śliny (to dlatego jej kwiatki były tak ładnie utrzymane, nawadniała je regularnie). Malowała też usta nieokreślonym czerwonopomarańczowym kolorem, który znacząco odznaczał się na jej bladej skórze. To nawet nie byłoby takie złe, gdyby nie ciemny meszek nad górną wargą, na który Louis zwyczajnie nie potrafił przestać się gapić, kiedy coś mówiła. Kumpelka Holmes. I mimo tej jej całej oziębłości pseudo zadbanej Królowej Lodu, jej widocznie powściągliwego stylu bycia i wiecznego spięcia, próbowała sprawiać wrażenie sympatycznej. To było aż idiotyczne, że zawsze miała na stoliku własnoręcznie zrobione ciasta (których oczywiście nie jadła, przełyk grubości igły), starała się uśmiechać i być życzliwa. Louis naprawdę z całego serca starał się nie być dla niej niemiły. Wychodziło prawie zawsze.
- Ależ proszę się częstować. – Podetknęła mu pod nos paterę z kilkuwarstwowym ciastem.  – Sama robiłam, dałam mało cukru, bo dbam o linię.
Louis nie miał pojęcia dlaczego zawsze musiała wspominać, że sama robiła ciasto, jakby próbowała przekonać o tym i ich, i samą siebie. Szatyn wcale by się nie zdziwił, jakby codziennie rano chodziła do jakiejś piekarni ubrana w czarny dres, z kapturem na głowie, wyciągała banknot z rękawa, mówiła „dawaj pani ciasto” do sprzedawczyni, zgarniała z nim pudełko i wybiegała z budynku, rozglądając się na wszystkie strony. Nie zdziwiłby się również, gdyby to jej dbanie o linię polegało na robieniu brzuszków i wpychaniu w siebie jednocześnie dietetycznych lodów.
Louis rzucił okiem na ciasto. Wyglądało całkiem dobrze, najprawdopodobniej nie zawierało żadnych leków nasennych, by jego szefowa mogła go zgwałcić, i przede wszystkim – mimo zapewnień Królowej Lodu o jego cudownych odchudzających właściwościach – było wysokokaloryczne. Bądź co bądź jeszcze trochę, a żebrami będzie mógł kroić sobie pomidory na kanapki. Więc wziął jakiś kawałek z brzegu, podtrzymując drugą dłonią, kiedy zaczął się przechylać i wepchnął go sobie do ust, uśmiechając się krzywo, kiedy okruszki posypały się na jego garnitur jak kaskada łupieżu jednego z policjantów.
- Dobrze więc, Han, powiedz mi o co chodzi – powiedziała Robertson, a Louis zakrztusił się ciastem. Kobieta wygięła się przez stolik, znacząco wypychając do przodu piersi i poklepała go lekko po plecach. Cholernie pomocna, ledwo wyczuł jej dotyk przez trzy warstwy ubrań, czuł się, jakby to była tylko wymówka, żeby go dotknąć. Przykro, bo przy okazji kaszlenia okruszek wraz z przyczepioną do niego kroplą śliny przyczepił się tuż pod jej okiem. Kobieta cofnęła się z dziwnym wyrazem twarzy. Louis zacisnął mięśnie brzucha, żeby się nie zaśmiać.
- Przepraszam – powiedział z wciąż pełnymi ustami. Nie było mu przykro, trzeba było go nie głaskać.
- Um, Hanno. Proszę mówić.
Louis przytknął do ust wierzch dłoni i kaszlnął lekko dwa razy. Nazwać Holmes Hanną to jak dać koniu imię Burek albo coś.
Holmes wyprostowała się jeszcze bardziej na czarnej kanapie. Biuro Robertson było urządzone minimalistycznie, zupełnie jak jego właścicielka. Składało się z białych ścian, czarnych mebli, kilku (oplutych) kwiatków i dziwnego dywanu, kolorystycznie jednakowego z ustami szefowej. Jej biuro pasowało do jej prawdziwej osobowości, ale do familijnego, sympatycznego image’u, który próbowała stworzyć niekoniecznie.
- Chciałam wiedzieć dlaczego nie będę prowadzić tego śledztwa – powiedziała Holmes nie owijając w bawełnę. W jej głosie słychać było wyrzut i złość.
- Już ci powiedziałem. – Louis uśmiechnął się. Cała ta sytuacja wprowadziła go w dobry humor, prawdopodobnie powinien się zamknąć, ale nie potrafił.
- To co mi odpowiedziałeś było wredne – powiedziała prosto Holmes, nagle obracając w jego stronę głowę.
- Nie potrzebowałem twojej opinii na temat mojej wypowiedzi, ale dziękuję, doceniam – odpowiedział i kątem oka spoglądnął na Robertson, która przybrała delikatny uśmiech i kręciła lekko głową, jakby chciała powiedzieć „oj dzieci, dzieci, skończcie już to przekomarzanie”.
- Han – zaczęła rodzicielskim, karcącym tonem. Brakowało jej jeszcze fartuszka, w który mogła zagarnąć dzieci, i leciutkiej tuszy. Jakiejkolwiek tuszy. Grama tłuszczu chociaż. Matczynej piersi, zamiast zapadniętej czarnej dziury. – Dlaczego jesteś taka niegościnna? Pan Tomlinson przeprowadził się do Beverley niedawno, jeszcze nie prowadził żadnej poważnej sprawy, podczas gdy ty pracujesz tutaj już od ośmiu lat.
- Właśnie, dlatego uważam, że…
- Nie – ucięła szybko Robertson. – Tę sprawę poprowadzi Louis. Koniec tematu, Hanno. 
Holmes wygląda na jeszcze bardziej złą niż była wcześniej.

- Teraz powiem wam, jak wygląda wasza sytuacja zawodowa. Hanno, pan Tomlinson jest tutaj nowy, więc będziesz służyła mu pomocą, radą i wiedzą na temat miasta. Spotykamy się tutaj o dziewiętnastej. Chcę zobaczyć protokoły i plan śledztwa. Wszystkie media wysyłacie do mnie. Do roboty.

piątek, 31 lipca 2015

Prolog

Hej! Witam w nowym fanfiction, przed wami prolog, który, cóż, mam nadzieję, że wam się spodoba. Komentujcie proszę. xx
___________________________________
                Mleko, chleb, gumki, wino, cukierki. Cholera, cukierki, tylko nie to. Jaki do cholery był kod na cukierki? Ach, tak, dobra. Gumki i wino. Co za romantyk. Następna osoba. Jogurt naturalny i trzy piwa smakowe. Co?
Unosi wzrok na cycatą, na oko dwudziestopięcioletnią brunetkę. Och, mógłby do niej zarwać, ale jest trzecia w nocy, a on, całkiem przypadkowo, nie jest w klubie, ale właśnie kończy swoją zmianę, co w przenośni oznacza że nie pachnie jak fiołki i nie tętni życiem, a jego oczy prawdopodobnie są przekrwione.  Zabiera od kobiety banknot i wydaje jej resztę. Zapewne powinien się uśmiechnąć i powiedzieć coś w stylu dziękujemy i zapraszamy ponownie, ale niezbyt skomplikowana regułka wyparowała mu z głowy już jakieś dwie godziny temu, a gdyby spróbował się uśmiechnąć, najpewniej zdobyłby się jedynie na uniesienie do góry górnej wargi, co wyglądałoby raczej mało reprezentatywnie.
Nie ma więcej klientów. Co za szczęście. Chwalmy Boga. Zatańczmy makarenę. Kankana. Albo jakiś inny głupi taniec. Jego głowa opada na kasę. Tak cholernie nienawidzi tej pracy. Trzeba było się uczyć w szkole. Trzeba było słuchać rodziców. Ugh. Podnosi głowę, bo pewnie zaraz dopadnie go szef. Jakiś czas temu jakiś koleś wykupił cały wózek czekolad i ciastek - dosłownie cały, wypełniony po brzegi – więc pewnie zaraz ten nafaszerowany kawą pracoholik tu przylezie i zacznie się drzeć, że skoro nie ma klientów, to ma się wziąć za wykładanie towaru. Kretyn, od tej całej kofeiny chodzi jak Robocop i nigdy nie zakłada ładnego krawata, pewnie jak go żona zmusi do założenia czegoś normalnego, to się składa jak transformer w jakiś toster, z krzaczastymi brwiami i rysami imitującymi zmarszczki, i płacze w kącie.
Pieprzone, otwarte przez całą dobę Tesco i pieprzeni ludzie, którzy robią zakupy o trzeciej w nocy. Jeszcze rozumie tych zwalonych karłowatych piętnastolatków, próbujących mu wciskać fałszywe dowody, i studentów kupujących alkohol, ale jak mu o tej porze przychodzi babcia biorąca dwie puszki karmy dla kota i koniak, to chce mu się śmiać i płakać jednocześnie.
Matko, jak dobrze, że to już prawie koniec zmiany. Chociaż i tak nie ma do czego wracać.
-
Louis stacza się z łóżka na podłogę, głową zahaczając o kant stolika nocnego.
- Kurwa! – krzyczy, czując pieczenie. Super. Cudownie. Wręcz kurewsko zajebiście. Teraz jeszcze pewnie obudził Niewyżytego. Tak, wkrótce miękka dłoń pojawia się na jego barku.
- Lou, nic ci nie jest? – opiekuńczy, ciepły głos pyta z nutką niepokoju. Cóż, może powinien przestać leżeć jak mumia, i to jeszcze twarzą w dół. Ciepła krew spływa po jego czole i skapuje na drewnianą podłogę. Podnosi się więc, nic nie robiąc sobie z dłoni nadal znajdującej się na jego plecach. Powinien wywalić Niewyżytego już dawno, pewnie zaraz zacznie robić mu wyrzuty, że myślał, że go kocha, kiedy prześpi się z kimś innym.
Syczy, kiedy przejeżdża dłonią po czole. Nigdy nie lubił tego stolika. Nigdy nie przepadał też za swoją szefową, a to ona obudziła go tego ranka swoim telefonem. Odrąbana noga. Z jednej strony powinno go to ruszyć, w końcu to śmierć drugiego człowieka, a z drugiej nie powinno, bo w końcu jest pieprzonym prokuratorem. Ale ostatecznie się cieszy, bo to oznacza być może odrobinę adrenaliny w jego życiu. Nie, że samobójstwa nie są ekscytujące. Albo jakieś śmiertelne wypadki na autostradach.
Ale tym razem zapowiada się nawet nieźle. Odrąbana noga brzmi lepiej, niż celowe utopienie się jakiejś laski uzależnionej od dragów.
Otworzył szafę, kątem oka dostrzegając swoje odbicie w lustrze, do którego odwrócił na chwilę głowę. Podkrążone oczy, szara skóra, potargane, ale jakieś smętne włosy, wystające żebra, chude nogi i smutnie zwisające z bioder, nie do końca czarne, nie do końca szare bokserki i jeszcze ta głupia krew rozmazana na czole. Człowiek sukcesu, który wylądował na zadupiu.
Zaczęło się od milionowej sprawy, która miała mu przynieść sławę. Sprawy z narkotykami, bronią, włoskimi gangsterami i Yorkshire w tle.  Okazało się, że statkami przemycano z Holandii narkotyki, a we Francji kradziono alkohol, który potem również przemycano. Jeden szlak szedł z Outreau we Francji i biegł przez Folkestone, Londyn, Oxford, aż do Liverpoolu, a drugi z Hagi, dużego miasta w Holandii, przez z jakiegoś powodu Withernseę, bardzo małe miasteczko w Anglii, właśnie przez Beverley, Leeds, Manchester, w końcu także kończąc się na Liverpoolu, skąd narkotyki i alkohol miały być transportowane prawdopodobnie do Ameryki, jednak tego nigdy nie udało się ustalić, ze względu na bezsensowność tego wszystkiego. Bo po jaką cholerę tyle się męczyć, skoro przerzut można było zrobić z Hiszpanii. Louis w sumie nigdy nie dowiedział się, dlaczego ta droga była taka kręta, ale fakt faktem trzy z pozoru w ogóle niepołączone sprawy okazały się być milionową aferą, która zawiodła mężczyznę tam, gdzie zawiodła. To, i fakt, że zdradzał swoją żonę.
W każdym razie Louisowi i całemu zastępowi prokuratorów, policjantów i inspektorów sprawy nie udało się do końca rozwiązać, zdołali tylko dać kilkunastu chłopaczkom zawiasy, za pomaganie w przemycie narkotyków i policjanci z Francji znaleźli też część mężczyzn, biorących udział we włamaniach i kradzieży alkoholu, ale nikt nic nie wiedział, nikt nic nie słyszał i przez długi czas krążono bez celu, w kółko łapiąc się fałszywych tropów i utrudniających śledztwo, nic nie wnoszących zeznań.
Louis ostatecznie był rozczarowany, cholernie rozczarowany. Z początku wydawało się, że chodzi o jakąś bandę głupich przemytników, których szybko uda się na czymś przyłapać, a skończyło się jak się skończyło. Ale przynajmniej dużo podróżował, był we Francji i Holandii, poznał dużą część Wielkiej Brytanii. I zakochał się. Zakochał się w kompletnej, całkowitej dziurze. Małe, urokliwe miasteczko, jakich wiele, ale to miało to coś. I musiał tam zamieszkać. Jakoś w tym czasie jego żona dowiedziała się o zdradzie, żądając natychmiastowego rozwodu i ograniczenia jego kontaktu z ich córką, Vivian. Mówiła, że od dawna go o to podejrzewała, ale nigdy nie sądziła, że zdradzał ją z mężczyzną. Louis żałował zdrady, naprawdę. Jego życie było wygodne, kochał swoją córkę i lubił swoją pracę, gdzie ludzie nie byli nazbyt irytujący, miał kilku przyjaciół, ale jego miłość do Eleanor zamarła dawno temu. Traktował ją bardziej jak przyjaciółkę albo siostrę i lubił z nią przebywać, ale kiedy ją całował, czuł się jakby oszukiwał sam siebie.
Louis odwrócił wzrok od swojego odbicia i zaczął się ubierać. Znacznie schudł od swojej przeprowadzki do Londynu, więc garnitur był przyduży, nie wyglądając nazbyt elegancko. Naprawdę musiał kupić coś nowego. Westchnął odwracając się do łóżka, gdzie Niewyżyty siedział oparty o zagłówek, uśmiechając się do niego. Miał naprawdę dobrze wyrzeźbioną klatkę piersiową, Louis nie mógł narzekać.
- Niestety musisz wyjść, muszę iść do pracy – powiedział ponurym tonem. Ostatnio chciał zacząć odżywiać się zdrowo, więc powinien zjeść śniadanie, ale w tej chwili nie za bardzo miał na nie ochotę. Chciał tylko mocnej kawy.
- Domyśliłem się, o co chodzi?
- Nie twoja sprawa.