piątek, 31 lipca 2015

Prolog

Hej! Witam w nowym fanfiction, przed wami prolog, który, cóż, mam nadzieję, że wam się spodoba. Komentujcie proszę. xx
___________________________________
                Mleko, chleb, gumki, wino, cukierki. Cholera, cukierki, tylko nie to. Jaki do cholery był kod na cukierki? Ach, tak, dobra. Gumki i wino. Co za romantyk. Następna osoba. Jogurt naturalny i trzy piwa smakowe. Co?
Unosi wzrok na cycatą, na oko dwudziestopięcioletnią brunetkę. Och, mógłby do niej zarwać, ale jest trzecia w nocy, a on, całkiem przypadkowo, nie jest w klubie, ale właśnie kończy swoją zmianę, co w przenośni oznacza że nie pachnie jak fiołki i nie tętni życiem, a jego oczy prawdopodobnie są przekrwione.  Zabiera od kobiety banknot i wydaje jej resztę. Zapewne powinien się uśmiechnąć i powiedzieć coś w stylu dziękujemy i zapraszamy ponownie, ale niezbyt skomplikowana regułka wyparowała mu z głowy już jakieś dwie godziny temu, a gdyby spróbował się uśmiechnąć, najpewniej zdobyłby się jedynie na uniesienie do góry górnej wargi, co wyglądałoby raczej mało reprezentatywnie.
Nie ma więcej klientów. Co za szczęście. Chwalmy Boga. Zatańczmy makarenę. Kankana. Albo jakiś inny głupi taniec. Jego głowa opada na kasę. Tak cholernie nienawidzi tej pracy. Trzeba było się uczyć w szkole. Trzeba było słuchać rodziców. Ugh. Podnosi głowę, bo pewnie zaraz dopadnie go szef. Jakiś czas temu jakiś koleś wykupił cały wózek czekolad i ciastek - dosłownie cały, wypełniony po brzegi – więc pewnie zaraz ten nafaszerowany kawą pracoholik tu przylezie i zacznie się drzeć, że skoro nie ma klientów, to ma się wziąć za wykładanie towaru. Kretyn, od tej całej kofeiny chodzi jak Robocop i nigdy nie zakłada ładnego krawata, pewnie jak go żona zmusi do założenia czegoś normalnego, to się składa jak transformer w jakiś toster, z krzaczastymi brwiami i rysami imitującymi zmarszczki, i płacze w kącie.
Pieprzone, otwarte przez całą dobę Tesco i pieprzeni ludzie, którzy robią zakupy o trzeciej w nocy. Jeszcze rozumie tych zwalonych karłowatych piętnastolatków, próbujących mu wciskać fałszywe dowody, i studentów kupujących alkohol, ale jak mu o tej porze przychodzi babcia biorąca dwie puszki karmy dla kota i koniak, to chce mu się śmiać i płakać jednocześnie.
Matko, jak dobrze, że to już prawie koniec zmiany. Chociaż i tak nie ma do czego wracać.
-
Louis stacza się z łóżka na podłogę, głową zahaczając o kant stolika nocnego.
- Kurwa! – krzyczy, czując pieczenie. Super. Cudownie. Wręcz kurewsko zajebiście. Teraz jeszcze pewnie obudził Niewyżytego. Tak, wkrótce miękka dłoń pojawia się na jego barku.
- Lou, nic ci nie jest? – opiekuńczy, ciepły głos pyta z nutką niepokoju. Cóż, może powinien przestać leżeć jak mumia, i to jeszcze twarzą w dół. Ciepła krew spływa po jego czole i skapuje na drewnianą podłogę. Podnosi się więc, nic nie robiąc sobie z dłoni nadal znajdującej się na jego plecach. Powinien wywalić Niewyżytego już dawno, pewnie zaraz zacznie robić mu wyrzuty, że myślał, że go kocha, kiedy prześpi się z kimś innym.
Syczy, kiedy przejeżdża dłonią po czole. Nigdy nie lubił tego stolika. Nigdy nie przepadał też za swoją szefową, a to ona obudziła go tego ranka swoim telefonem. Odrąbana noga. Z jednej strony powinno go to ruszyć, w końcu to śmierć drugiego człowieka, a z drugiej nie powinno, bo w końcu jest pieprzonym prokuratorem. Ale ostatecznie się cieszy, bo to oznacza być może odrobinę adrenaliny w jego życiu. Nie, że samobójstwa nie są ekscytujące. Albo jakieś śmiertelne wypadki na autostradach.
Ale tym razem zapowiada się nawet nieźle. Odrąbana noga brzmi lepiej, niż celowe utopienie się jakiejś laski uzależnionej od dragów.
Otworzył szafę, kątem oka dostrzegając swoje odbicie w lustrze, do którego odwrócił na chwilę głowę. Podkrążone oczy, szara skóra, potargane, ale jakieś smętne włosy, wystające żebra, chude nogi i smutnie zwisające z bioder, nie do końca czarne, nie do końca szare bokserki i jeszcze ta głupia krew rozmazana na czole. Człowiek sukcesu, który wylądował na zadupiu.
Zaczęło się od milionowej sprawy, która miała mu przynieść sławę. Sprawy z narkotykami, bronią, włoskimi gangsterami i Yorkshire w tle.  Okazało się, że statkami przemycano z Holandii narkotyki, a we Francji kradziono alkohol, który potem również przemycano. Jeden szlak szedł z Outreau we Francji i biegł przez Folkestone, Londyn, Oxford, aż do Liverpoolu, a drugi z Hagi, dużego miasta w Holandii, przez z jakiegoś powodu Withernseę, bardzo małe miasteczko w Anglii, właśnie przez Beverley, Leeds, Manchester, w końcu także kończąc się na Liverpoolu, skąd narkotyki i alkohol miały być transportowane prawdopodobnie do Ameryki, jednak tego nigdy nie udało się ustalić, ze względu na bezsensowność tego wszystkiego. Bo po jaką cholerę tyle się męczyć, skoro przerzut można było zrobić z Hiszpanii. Louis w sumie nigdy nie dowiedział się, dlaczego ta droga była taka kręta, ale fakt faktem trzy z pozoru w ogóle niepołączone sprawy okazały się być milionową aferą, która zawiodła mężczyznę tam, gdzie zawiodła. To, i fakt, że zdradzał swoją żonę.
W każdym razie Louisowi i całemu zastępowi prokuratorów, policjantów i inspektorów sprawy nie udało się do końca rozwiązać, zdołali tylko dać kilkunastu chłopaczkom zawiasy, za pomaganie w przemycie narkotyków i policjanci z Francji znaleźli też część mężczyzn, biorących udział we włamaniach i kradzieży alkoholu, ale nikt nic nie wiedział, nikt nic nie słyszał i przez długi czas krążono bez celu, w kółko łapiąc się fałszywych tropów i utrudniających śledztwo, nic nie wnoszących zeznań.
Louis ostatecznie był rozczarowany, cholernie rozczarowany. Z początku wydawało się, że chodzi o jakąś bandę głupich przemytników, których szybko uda się na czymś przyłapać, a skończyło się jak się skończyło. Ale przynajmniej dużo podróżował, był we Francji i Holandii, poznał dużą część Wielkiej Brytanii. I zakochał się. Zakochał się w kompletnej, całkowitej dziurze. Małe, urokliwe miasteczko, jakich wiele, ale to miało to coś. I musiał tam zamieszkać. Jakoś w tym czasie jego żona dowiedziała się o zdradzie, żądając natychmiastowego rozwodu i ograniczenia jego kontaktu z ich córką, Vivian. Mówiła, że od dawna go o to podejrzewała, ale nigdy nie sądziła, że zdradzał ją z mężczyzną. Louis żałował zdrady, naprawdę. Jego życie było wygodne, kochał swoją córkę i lubił swoją pracę, gdzie ludzie nie byli nazbyt irytujący, miał kilku przyjaciół, ale jego miłość do Eleanor zamarła dawno temu. Traktował ją bardziej jak przyjaciółkę albo siostrę i lubił z nią przebywać, ale kiedy ją całował, czuł się jakby oszukiwał sam siebie.
Louis odwrócił wzrok od swojego odbicia i zaczął się ubierać. Znacznie schudł od swojej przeprowadzki do Londynu, więc garnitur był przyduży, nie wyglądając nazbyt elegancko. Naprawdę musiał kupić coś nowego. Westchnął odwracając się do łóżka, gdzie Niewyżyty siedział oparty o zagłówek, uśmiechając się do niego. Miał naprawdę dobrze wyrzeźbioną klatkę piersiową, Louis nie mógł narzekać.
- Niestety musisz wyjść, muszę iść do pracy – powiedział ponurym tonem. Ostatnio chciał zacząć odżywiać się zdrowo, więc powinien zjeść śniadanie, ale w tej chwili nie za bardzo miał na nie ochotę. Chciał tylko mocnej kawy.
- Domyśliłem się, o co chodzi?
- Nie twoja sprawa.