niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział I

Przepraszam, że tak późno, ale to naprawdę nie moja wina.
_____________________
Louis idzie przez wilgotną trawę, ze złością patrząc na krążących wokoło policjantów, którzy nie pozwolili mu iść drogą ze względu na zacieranie śladów. Doprawdy, jest pewien, że sami już wszystko zatarli. Naprawdę mógł zaparkować z drugiej strony, miałby bliżej, ale przy taśmach policyjnych krążą ludzie i chyba paru dziennikarzy z lokalnych mediów, więc pewnie i tak nie znalazłby miejsca parkingowego. Na pewno sprawy nie ułatwia też fakt, że nogę znaleziono na terenie Norwood Park, który znajduje się dosyć niedaleko centrum i wszelkie sportowe wydarzenia rozgrywają się właśnie tam, gdyż znajduje się tam między innymi duże boisko do gry w piłkę nożną i trochę budynków rekreacyjnych. Całe szczęście, że Louis nie mieszka specjalnie blisko tego miejsca, bo pewnie nie mógłby znieść tego darcia mordy małych dzieci, biegających za piłką i kopiących się po kostkach. Świetna zabawa, ubaw po pachy.
Jest już na boisku i idzie ku jego środkowi, gdzie widzi Liama Payne’a – inspektora, który szczerze mówiąc irytuje go swoją perfekcyjnością, a także Zayna Malika – komisarza, który jest w porządku. Jest tam jeszcze Holmes – pani prokurator, która wiecznie widziała w nim kogoś, kto stał na przeszkodzie jej świetlistej karierze. Zachowywała się głupio, jakby jej nazwisko świadczyło o tym, że była potomkinią Sherlocka i trzeba jej się było kłaniać. Louis mógł sobie zmienić imię na Jezus i oczekiwać tego samego, wyszłoby jednakowo. Stało tam też kilku policjantów.
Louis skinął wszystkim głową na powitanie i podszedł do foliowego worka, którego bezceremonialnie jednak odrzucił. Cóż. Noga. Wręcz nierealnie biała, nie licząc licznie pokrywających ją włosów. Więc niewątpliwie mężczyzny. Prawdopodobnie pomiędzy dwudziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Ale coś było nie tak. Przykuca przy niej i przygląda się miejscu odcięcia. Skóra nie jest w ogóle poszarpana, a idealnie odcięta, tak samo jest z mięśniami, tłuszczem i kością. Wygląda to jak coś odcięte diamentem czy czymś takim.
- Gdzie technicy? – pyta szatyn, wstając i rozglądając się po zebranych. Otrzepuje kolana, chociaż w ogóle nie uklęknął na ziemi.
- Wezwaliśmy już Zoe.
Louis uśmiecha się blado. Oczywiście wszyscy byli tu po imieniu. To już robiło się mniej irytujące, a bardziej zabawne.
- Wezwijcie też ekipę z Kingston. Dobrze, że już otoczyliście teren. A gdzie oficer operacyjny?
Wszyscy patrzą na niego jak na idiotę, a Holmes rozdzia usta, nie wiedząc co powiedzieć.
- Świetnie. Ja wiem, że prawdopodobnie wolelibyście siedzieć teraz w tych swoich klitkach pijąc swoją głupią herbatkę i oglądając mecze, a pogoda jest gówniana, ale wszyscy z domów naokoło... – Zatacza dłonią duży okrąg, o mało co nie uderzając dłonią jednego z gorliwszych słuchaczy. – Mają być przesłuchani. Może jacyś narkomani przyszli tu ćpać o północy, może jakieś dziecko zwiało cichaczem z domu, żeby pograć, może ktoś cierpi na bezsenność albo ma problemy z prostatą. Ktoś mógł coś widzieć. Do roboty.
Policjanci ruszyli do pracy, Liam nadal stał w miejscu, przyglądając się nodze z nietęgą miną, a Holmes podeszła do niego z grymasem na twarzy, który postarzał ją o jakieś dwadzieścia lat. Stanęła zbyt blisko niego, więc zrobił niezbyt subtelny krok do tyłu, a jej grymas się jeszcze bardziej powiększył. Miała pospolite brązowe włosy i pospolite brązowe oczy, ogólnie wyglądała całkowicie pospolicie. Pociągła twarz, niezbyt pełne usta i zbyt wyskubane brwi. Nie była brzydka. Ładna też nie. Była pospolita.
- Przepraszam, to teraz ty prowadzisz tę sprawę? – wypowiada „ty” z pogardą w głosie, jakby Louis był menelem spod spożywczego, który śmierdzi tanim winem i gołębiami.
- Ta?
- A mogę wiedzieć dlaczego?
- Bo mamy tu trupa, a nie nastolatka jeżdżącego autobusem na gapę?
Jej oczy pociemniały jeszcze bardziej, a usta zacisnęły się w linię narysowaną najcieńszym długopisem na świecie.
- Idę prosto do Jen! – mówi i odwraca się na pięcie, a Louis nie wie czy śmiać się czy płakać z tego, że w tym miasteczku ludzie mówią do swoich szefowych Jen. Oprócz tego Holmes zachowała się tak, jakby Louis odebrał jej ukochanego lizaka i nie chciał oddać, a ona pobiegła na skargę do mamy.
Szatyn obraca się do Liama.
- Kawa?
-
- Harry, martwię się.
- Nie masz o co, naprawdę.
- Ale jego nie ma już od kilku dni… - mówi Niall, patrząc na ziemię i szczypiąc dolną wargę palcami.
- Przecież często tak było… Poza tym chyba powinieneś się cieszyć.
- Niby tak, ale to mój ojciec, ja… Nie wiem już co mam myśleć.
Harry uśmiecha się do niego delikatnie i łapie go za dłoń, ściskając lekko.
- Pewnie siedzi gdzieś ze swoimi koleżkami, nie przejmuj się tym. No i jestem pewny, że byłbyś szczęśliwszy bez niego.
- Ale słyszałeś o tym, że podobno znaleziono nogę człowieka w parku?! Całe miasto aż huczy. Co jeśli... – Jego głos załamuje się lekko. – Co jeśli to jego noga?
Harry aż zatrzymuje się w miejscu. Głos Nialla jest przepełniony emocjami, a w jego oczach błyszczą łzy.
- Niall, proszę cię. Gdyby ktoś chciałby zabić twojego ojca, co jest bez sensu, ale okej, to trudziłby się aż tak?
Blondyn kręci głową, cały czas patrząc na swoje stopy.
- No właśnie.
-
Louis i Liam poszli do kawiarni o niezwykle oryginalnej nazwie Vanilla. Co prawda mieli sporą drogę do przebycia, ale było warto, bo podawali tam świetne ciasta i nie najgorszą kawę. Kawiarnia mieściła się w budynku z czerwonej cegły, jakich niemało w Beverley. Można było usiąść też na zewnątrz, ale tego dnia było naprawdę chłodno, więc jedynie w środku siedziały dwie czy trzy osoby.
Louis i Liam usiedli przy oknie, prokurator patrzył przez okno bez wyrazu, rzucając okiem na ponurą ulicę, a inspektor z uśmiechem przyglądał się przyniesionej przez kelnerkę karcie.
Louis przymknął oczy z irytacją. Oczywiście że musiał przeczytać wszystko od deski do deski przed zamówieniem tego co zwykle.
Liam Payne w odczuciu Louisa był zbyt… poprawny. Codziennie przychodził do pracy z uśmiechem na ustach, starannie wystylizowanymi włosami i zaprasowanymi w kant koszulami. Wyglądał jakby miał dwadzieścia pięć lat, chociaż musiał mieć przynajmniej dwadzieścia więcej, skoro był na stanowisku inspektora, co i tak było ogromnym osiągnięciem. Ale nic dziwnego, był zawsze życzliwy i pracowity jak mało kto. Z tego co słyszał Louis miał żonę i dwójkę dzieci – chłopca i dziewczynkę. Poza tym był cholernie wysportowany, co szatyn oczywiście doceniał, więc najprawdopodobniej prowadził zdrowy tryb życia, codziennie rano biegając z psem i wpieprzając marchewki oraz pijąc wodę na śniadanie. Louis wiedział, że takie życie nie było dla niego, ale i tak w pewien sposób mu zazdrościł. A skoro mu zazdrościł i gdzieś w głębi duszy zdawał sobie z tego sprawę, to starał się być dla niego uprzejmy, ale nie zawsze mu wychodziło. Chociaż bycie niemiłym dla Liama Payne’a sprawiało, że Louis czuł się nie najlepiej z samym sobą.
Kelnerka wróciła do nich, stukając obcasami.
Kretynka – pomyślał Louis. – Obcasy w jej pracy, cudowny pomysł. Ciekawe jak bardzo bolą ją stopy po całym dniu roboty.
- Wybraliście coś już, panowie? – zapytała.
- To co zwykle – uśmiechnął się do niej Liam, oddając kartę, a Louis zacisnął ze złości zęby.
- Espresso i ciasto czekoladowe.
- Paskudna sprawa – zaczął temat Payne. – Naprawdę współczuję rodzinie tego człowieka, ale to dziwne, bo ostatnio nie dostawaliśmy żadnych zgłoszeń zaginięć.
Oczywiście – opiekuńczy, pełen współczucia Liam.
- Ciekawe kto mógł coś takiego zrobić – kontynuował, gdy Louis patrzył się ponuro w stolik.
Sięgnął po serwetkę i zaczął bawić się nią palcami.
- Rzeźnik. Jakiś psychol. Wielki fan anatomii ludzkiej. Nie wiem. Póki co nawet nie wiemy kto został zabity, więc trochę za wcześnie na spekulacje dotyczące mordercy czy chociażby motywu zbrodni.
- No tak, ma pan rację.
Louis jest całkiem szczęśliwy, że Liam nigdy nie zapytał czy przejdą na „ty”.
-
Ludzi było coraz więcej, Louis zauważył też blondynkę z kolczykiem w nosie, która kręciła się przy taśmach policyjnych z aparatem, wyglądając jakby starała się zwrócić uwagę któregoś z policjantów, aby podszedł do niej i porozmawiał.
Tymczasem noga została otoczona parawanem i sfotografowana przez technika. Zresztą nawet nie było bardzo co fotografować, około metra skóry, kości i różnych tkanek. I imponujące owłosienie.
Podszedł do niego szef zespołu oględzinowego. Miał przyjemną twarz, ale jego oddech dziwnie pachniał serem.
- Nic nie znaleźliśmy, chociażby guzika. To znaczy było kilka puszek po coca coli, ale wiadomo – teren nie jest prywatny, więc i dzieci przyłażą i śmiecą, raczej na pewno nie zostawił tego morderca. Na ciele nie ma śladów wleczenia. Dzisiaj w nocy padało, więc nie znaleźliśmy również żadnych odcisków butów, śladów opon też nie. Wszystko będzie w protokole.
Louis przewrócił oczami. Więc na dobrą sprawę nie miał nic. Cóż. Trudno. Nie spodziewał się, że będzie inaczej, kiedy dowiedział się, że znaleziono nogę. Nogi nie uciekają sobie od właścicieli, paradując po mieście, wylegując się w zanikłym wrześniowym słońcu i biorąc kąpiele w deszczu, szorując się przy tym również trawą i patykami.
-
                Louis Tomlinson nienawidził swojej szefowej. Z pasją i całą namiętnością, której u niego brak. Jenna Robertson była wydumana i chuda jak kij od szczotki. Próbowała podkreślić swoją kobiecość, zaciskając na swojej talii pasek, przez który, Louis był tego pewny, kompletnie nie mogła oddychać, a już na pewno nie przełykać śliny (to dlatego jej kwiatki były tak ładnie utrzymane, nawadniała je regularnie). Malowała też usta nieokreślonym czerwonopomarańczowym kolorem, który znacząco odznaczał się na jej bladej skórze. To nawet nie byłoby takie złe, gdyby nie ciemny meszek nad górną wargą, na który Louis zwyczajnie nie potrafił przestać się gapić, kiedy coś mówiła. Kumpelka Holmes. I mimo tej jej całej oziębłości pseudo zadbanej Królowej Lodu, jej widocznie powściągliwego stylu bycia i wiecznego spięcia, próbowała sprawiać wrażenie sympatycznej. To było aż idiotyczne, że zawsze miała na stoliku własnoręcznie zrobione ciasta (których oczywiście nie jadła, przełyk grubości igły), starała się uśmiechać i być życzliwa. Louis naprawdę z całego serca starał się nie być dla niej niemiły. Wychodziło prawie zawsze.
- Ależ proszę się częstować. – Podetknęła mu pod nos paterę z kilkuwarstwowym ciastem.  – Sama robiłam, dałam mało cukru, bo dbam o linię.
Louis nie miał pojęcia dlaczego zawsze musiała wspominać, że sama robiła ciasto, jakby próbowała przekonać o tym i ich, i samą siebie. Szatyn wcale by się nie zdziwił, jakby codziennie rano chodziła do jakiejś piekarni ubrana w czarny dres, z kapturem na głowie, wyciągała banknot z rękawa, mówiła „dawaj pani ciasto” do sprzedawczyni, zgarniała z nim pudełko i wybiegała z budynku, rozglądając się na wszystkie strony. Nie zdziwiłby się również, gdyby to jej dbanie o linię polegało na robieniu brzuszków i wpychaniu w siebie jednocześnie dietetycznych lodów.
Louis rzucił okiem na ciasto. Wyglądało całkiem dobrze, najprawdopodobniej nie zawierało żadnych leków nasennych, by jego szefowa mogła go zgwałcić, i przede wszystkim – mimo zapewnień Królowej Lodu o jego cudownych odchudzających właściwościach – było wysokokaloryczne. Bądź co bądź jeszcze trochę, a żebrami będzie mógł kroić sobie pomidory na kanapki. Więc wziął jakiś kawałek z brzegu, podtrzymując drugą dłonią, kiedy zaczął się przechylać i wepchnął go sobie do ust, uśmiechając się krzywo, kiedy okruszki posypały się na jego garnitur jak kaskada łupieżu jednego z policjantów.
- Dobrze więc, Han, powiedz mi o co chodzi – powiedziała Robertson, a Louis zakrztusił się ciastem. Kobieta wygięła się przez stolik, znacząco wypychając do przodu piersi i poklepała go lekko po plecach. Cholernie pomocna, ledwo wyczuł jej dotyk przez trzy warstwy ubrań, czuł się, jakby to była tylko wymówka, żeby go dotknąć. Przykro, bo przy okazji kaszlenia okruszek wraz z przyczepioną do niego kroplą śliny przyczepił się tuż pod jej okiem. Kobieta cofnęła się z dziwnym wyrazem twarzy. Louis zacisnął mięśnie brzucha, żeby się nie zaśmiać.
- Przepraszam – powiedział z wciąż pełnymi ustami. Nie było mu przykro, trzeba było go nie głaskać.
- Um, Hanno. Proszę mówić.
Louis przytknął do ust wierzch dłoni i kaszlnął lekko dwa razy. Nazwać Holmes Hanną to jak dać koniu imię Burek albo coś.
Holmes wyprostowała się jeszcze bardziej na czarnej kanapie. Biuro Robertson było urządzone minimalistycznie, zupełnie jak jego właścicielka. Składało się z białych ścian, czarnych mebli, kilku (oplutych) kwiatków i dziwnego dywanu, kolorystycznie jednakowego z ustami szefowej. Jej biuro pasowało do jej prawdziwej osobowości, ale do familijnego, sympatycznego image’u, który próbowała stworzyć niekoniecznie.
- Chciałam wiedzieć dlaczego nie będę prowadzić tego śledztwa – powiedziała Holmes nie owijając w bawełnę. W jej głosie słychać było wyrzut i złość.
- Już ci powiedziałem. – Louis uśmiechnął się. Cała ta sytuacja wprowadziła go w dobry humor, prawdopodobnie powinien się zamknąć, ale nie potrafił.
- To co mi odpowiedziałeś było wredne – powiedziała prosto Holmes, nagle obracając w jego stronę głowę.
- Nie potrzebowałem twojej opinii na temat mojej wypowiedzi, ale dziękuję, doceniam – odpowiedział i kątem oka spoglądnął na Robertson, która przybrała delikatny uśmiech i kręciła lekko głową, jakby chciała powiedzieć „oj dzieci, dzieci, skończcie już to przekomarzanie”.
- Han – zaczęła rodzicielskim, karcącym tonem. Brakowało jej jeszcze fartuszka, w który mogła zagarnąć dzieci, i leciutkiej tuszy. Jakiejkolwiek tuszy. Grama tłuszczu chociaż. Matczynej piersi, zamiast zapadniętej czarnej dziury. – Dlaczego jesteś taka niegościnna? Pan Tomlinson przeprowadził się do Beverley niedawno, jeszcze nie prowadził żadnej poważnej sprawy, podczas gdy ty pracujesz tutaj już od ośmiu lat.
- Właśnie, dlatego uważam, że…
- Nie – ucięła szybko Robertson. – Tę sprawę poprowadzi Louis. Koniec tematu, Hanno. 
Holmes wygląda na jeszcze bardziej złą niż była wcześniej.

- Teraz powiem wam, jak wygląda wasza sytuacja zawodowa. Hanno, pan Tomlinson jest tutaj nowy, więc będziesz służyła mu pomocą, radą i wiedzą na temat miasta. Spotykamy się tutaj o dziewiętnastej. Chcę zobaczyć protokoły i plan śledztwa. Wszystkie media wysyłacie do mnie. Do roboty.