środa, 4 listopada 2015

Rozdział IV

Harry leżał na jego kolanach i bawił się sznurkiem swojej ciemnozielonej bluzy. Na jego białej koszulce widać było trochę okruchów z ciasta, których nie chciało mu się strzepać. Miał lekko przymknięte powieki, kiedy patrzył się w jasny ekran telewizora. Jego policzek był mocno przyciśnięty do uda szatyna, a z jego na wpółotwartych ust wypływała strużka śliny, mimo tego, że wcale nie spał. Wyglądał na lekko znudzonego, ale to nie wina Louisa, że nie miał w domu filmów z młodym Leonardem DiCaprio (z wyjątkiem „Titanica”, ale szatyn był zmuszany do oglądania tego zbyt wiele razy) lub Johnnym Deppem. Miał za to „Skazani na Shawshank”, więc teraz oglądali to. 

Louis miał w domu wiele filmów. Część była kupiona legalnie, część miał zwyczajnie zgranych na płyty dzięki jego przyjacielowi z policji, który miał w domu nagrywarkę. W sumie to zabawne, bo nie było to dozwolone przez prawo, ale jednak Louis za nic mu nie płacił, więc całość podchodziła pod użytek własny.

Harry przewrócił się na plecy, więc miał idealny widok na podbródek Louisa.

- Zdradź mi zakończenie – powiedział jękliwym głosem, wijąc się lekko na kanapie. – Czy ten murzyn też się zabije, czy raczej uda mu się nie zwariować?

- Ten murzyn opowiada tę historię, a opowiada ją raczej konkretnie – śmieje się lekko Louis, spoglądając w dół. Jakoś jemu też znudziło się oglądanie filmu. Zrobiło się już późno, na pewno było już po dwudziestej trzeciej i może to był efekt starzenia się, ale zachciało mu się spać. Ostatnio jego życie krążyło wokół pracy, spania i kawy, pracy, spania i kawy. I może jeszcze ciast od Królowej Lodu.

- Więc jak się skończy? Szczęśliwie? – mruczy w jego kolano, podwijając do siebie swoje własne i zwijając się tym samym w kulkę. – Jeśli nie, to powinienem cię pozwać za to, że zmusiłeś mnie do oglądania tego!

Harry staje się nieco dramatyczny, kiedy jest śpiący. Być może Louis to lubi.

- Ale to nie miałoby sensu, prawda? – kontynuuje. – Jesteś pieprzonym panem prokuratorem, raczej trudno byłoby wygrać.

- Trudno byłoby w ogóle kogokolwiek za to pozwać. Przecież to…

- Och, zamknij się, wielki znawco kodeksu karnego – mruczy, nadal się wiercąc. – Jestem śpiący. Nie będę z tobą dyskutował, kiedy jestem śpiący.

- Więc może chodźmy do łóżka? – sugeruje Louis, bardziej pytając. Być może brzmi nieco chamsko. Miał starać się być milszy. Miał też przytyć. Ha. Ha ha.

-

                Odebrał od niego butelkę piwa, pociągając z niej łyka. Było koło dwudziestej drugiej, a on na szczęście nie miał tego dnia zmiany, więc mógł wyjść gdzieś z kolegami, chociaż matka oczywiście nie chciała go puścić. Typowo. Jak zwykle jęczała coś o tym, jak to on nie chce siedzieć w domu z nią i z ojcem, ale jak niby miał się zachować? Był dwudziestodwuletnim prawiczkiem, który nie był na studiach i miał chujową, ciężką i źle płatną pracę, którą i tak pewnie wkrótce odbierze mu jakiś Polak, który będzie wdzięczny za to, że raz na dwanaście godzin może pójść na przerwę, żeby się wysikać.

                Butelka w czasie jego rozmyślań przeszła pełne koło, więc znów mógł z niej pociągnąć. Trzeba było kupić coś o wyższym procencie alkoholu, może jakąś wódkę. Przynajmniej rozgrzałaby ich i przestałoby im być tak cholernie zimno na tym mrozie. Szkoda, że żaden z nich nie miał wolnej chaty. Szkoda, że wszyscy byli takimi samymi nieudacznikami.

-

                Siedzieli w tej samej kawiarence co ostatnio. Payne zamówił kawę rozpuszczalną i jabłecznik, Louis zwykłą czarną i sernik z mandarynkami. Na ich stoliku stał laptop i leżało trochę porozrzucanych papierów, w których Payne trochę pogrzebał, zanim zaczął mówić.

                - Mamy zeznania Horanów, mamy zeznania przyjaciela Nialla i mamy zeznania Johnsonów oraz ludzi, którzy widzieli Maurę. Teraz możemy to wszystko porównać.

                Poklikał chwilę na komputerze i wydał z siebie przeciągłe ,,hmm”.  Jego gęste brwi zmarszczone były w skupieniu, kiedy czytał coś z lekko przygryzioną wargą. Louis przyjrzał mu się bliżej.

                Nie mógł powiedzieć, że Liam Payne nie był przystojny, bo był. Miał ładną, niezbyt ostrą linię szczęki z niewielkim, równo i elegancko przystrzyżonym zarostem. Jego oczy miały delikatny, dość jasny odcień brązu, a szeroki nos i włosy wystylizowane w niewielkiego quiffa pasowały do całości. Posiadał też zmarszczki. Były mocno widoczne w kącikach jego oczu i przy ustach, wskazując na dobre życie, kilka też orało jego czoło. Tylko to w jego wyglądzie wskazywało na to, że nie był tuż po studiach. Zwłaszcza, że jego poczciwa, szczera, uczciwa i przyjemna twarz nie do końca pasowała do jego szerokich, niemal niedźwiedzich barków. Louis czuł się przy nim jak chucherko.

                - Niall i Maura widzieli Hanka po raz ostatni trzy dni przed znalezieniem jego ciała. Nie zgłaszali zaginięcia, bo podejrzewali, że po prostu któryś z jego kolegów miał więcej kasy i mieli razem trzy dni picia.

                - To prawdopodobne? – przerwał mu Louis, upijając łyk niesłodzonej kawy ze swojej filiżanki. Jego sernik jeszcze nie został ruszony, w sumie kupił go tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia. Dzisiaj na śniadanie zjadł razem z Harrym ciasto marchewkowe, które przyniósł chłopak, więc od większej ilości cukru możliwe, że mogłoby go zemdlić.

                - Raczej tak. Wiesz, że Hank był okropnym pijakiem i tej rodzinie lepiej byłoby bez niego. Prędzej raczej cieszyli się z jego zniknięcia.

                - No właśnie, więc mieli motyw.

                - Tak, ale poczekaj. Hanka nie było u żadnego z jego kolegów, przynajmniej tak oni zeznali. Ale któryś z mieszkańców widział go w nocy z dwudziestego szóstego na dwudziestego siódmego września przy Greyfrias i Thurstand.

                - To znaczy gdzie? Co tam jest? – Louis uniósł głowę znad serwetki, z której próbował złożyć łódkę.

                - To tak jakby małe poletko. Jest tam trochę drzew, przechodzi przed nie mała dróżka. Taka łąka trochę. Ale to jest w bogatszej części miasta, nie wiem, co on mógł tam robić… Wysłałem tam kilku chłopaków, żeby popatrzyli, ale ostatnio padało, więc wszelkie ślady butów na pewno zniknęły. Ale może coś upuścili…

                - A ten świadek? Co konkretnie widział?

                - Hanka rozmawiającego z jakimś mężczyzną. Na Horana padało światło z latarni, więc jest przekonany, że to był on, ale tamten mężczyzna stał odwrócony do niego tyłem, w dodatku w cieniu, więc nie mógł nic o tym powiedzieć.

                - Oczywiście – prychnął prokurator, rzucając na stół koślawą łódkę z serwetki i odchylił się do tyłu na krześle, balansując na dwóch nogach. Po chwili opadł z powrotem i upił łyk kawy.

                Próbował ułożyć sobie to wszystko w głowie, ale nic do siebie nie pasowało. Kim był ten mężczyzna? Którymś z jego kolegów, który skłamał? Nieznajomym? Jakąś rodziną? Starym przyjacielem z przeszłości, który nagle wrócił i zaczął być upierdliwy? Nie, to zdarzało się tylko w filmach. Ten dzieciak, Niall? Coś kliknęło w mózgu Tomlinsona.

                - Mówiłeś, że przesłuchiwaliście przyjaciela młodego Horana?

                - Uh, tak. - Liam pogrzebał chwilę w papierach i wyciągnął jedną kartkę, podając ją Louisowi. – Nazywa się Harry Styles i opowiadał coś o tym, że Niall martwił się o swojego ojca. To może być prawda, Niall zawsze zachowywał się dosyć… - przerwał, szukając odpowiedniego słowa – opiekuńczo. Zawsze się wszystkim zamartwiał.

                - Jezus. – Louis śmieje się ponuro, łapiąc za głowę, a łokcie opierając na kolanach. – Harry Styles?

                - Um, tak… To powiedziałem.  A co, coś nie tak? – zapytał, a szatyn uniósł wzrok. Miał zmartwienie wymalowane na twarzy, z jego oczu aż biło „powiedz mi, wysłucham i zrozumiem, a także dam ci dobrą radę, która naprawi twoje życie i już nigdy więcej nie będziesz nieszczęśliwyA potem dam ci mleko i świeżo upieczone ciasteczka”.

                - Nie, nieważne – odpowiedział, nadal nie będąc w stanie wyzbyć się rozbawienia z głosu. Może powinien teraz gdzieś przedzwonić. Lub przeciwnie, usunąć czyjś numer z telefonu. Ale zdecydował się czekać, być może Harry Styles zapewni mu inny rodzaj rozrywki w niedalekiej przyszłości. – Wróć, mówiłeś o Niallu. Znałeś go?

                - Nie, nie do końca, ale przecież jesteś tu już jakiś czas, wiesz, jak jest. Każdy się tu zna i po prostu zawsze mówił mi dzień dobry. Był dosyć wesołym dzieciakiem, co na dobrą sprawę było dziwne.

                - Myślisz, że mógł być mordercą? – Louis zapytał, a Liam zaśmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu, jakby usłyszał najzabawniejszą rzecz na całym świecie.

                - Nie, oczywiście, że nie. Niall nie skrzywdziłby nawet muchy.

                - A Maura Horan?

                Liam przestał mieć rozbawiony wyraz twarzy i westchnął ciężko, patrząc się tępo w stolik.

- Nie wiem. Może…

-

                Harry dzwoni do jego drzwi dwa dni później, około godziny dwudziestej, szczerząc się do niego niemiłosiernie, mimo tego, że z jego włosów i ubrań kapie woda.

                - Cześć! Przepraszam, że do ciebie nie dzwoniłem ani nie dawałem znać, ale miałem dużo do roboty, muszę pracować, cóż. No ale jestem!

                Najwidoczniej Harry Styles jest osobą, która łatwo wpasowuje się w życie innych.

                Louis wpuszcza go z cynicznym uśmieszkiem na ustach.

                - Nic się nie stało, ale myślę, że zapomniałeś mi też powiedzieć o innej sprawie.

                - To znaczy? – Harry marszczy brwi w sposób, który może być tylko trochę uroczy. Nadal stoją w progu, to raczej nie jest dla niego dobry znak.

                - Nie wiem, jak mogłeś być tak głupi i myśleć, że gdy dowiem się, że jesteś najlepszym przyjacielem syna zabitego mężczyzny, którego sprawę prowadzę, będę taki „och, okej, chodźmy się pieprzyć”.

                Zrozumienie wypływa na twarz bruneta, która jednak nadal jest zmarszczona.

                - Nie myślałem tak. Myślałem, że to nie ma znaczenia, że jesteś prokuratorem, poza tym kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, nawet nie wiedziałem…

                - Nie wiedziałeś, że będę prowadzić tę sprawę? Och, uroczo. – Louis nie może powstrzymać się od sarkazmu, ale nawet nie chce. Mimo tego, że Harry wygląda jak zbity i skonsternowany kudłaty psiak.

                - Nie wiedziałem, że jesteś prokuratorem – mówi spokojnie, a Louis aż rozdziawia usta ze zdziwienia.

                - Słucham?

                - Nie wiedziałem, czym się zajmujesz. Wiesz, może i chodzisz w garniturach i jesteś nieprzyjemny i w ogóle, ale nie masz słowa „prokurator” wyrytego na twarzy.

                Louis nadal nic nie mówi.

                - Ale jeśli przeszkadza ci to, z kim się przyjaźnię, to okej. Mogę sobie pójść, ale myślałem, że choć trochę mnie polubiłeś.

                Teraz to już zupełnie wygląda jak kudłaty psiak. Może w dodatku mokry i trochę zbity, proszący oczkami o wpuszczenie za próg, gdyż na dworze obficie pada deszcz.

                - Ja… Jezu, przepraszam. – Louis potrząsa głową, otrząsając się z tej wizji i odsuwa się z przejścia. – Wejdź.

                Harry odsuwa się z przejścia i tak jak kilka dni wcześniej, zdejmuje buty, schludnie ustawiając je pod ścianą. Zdejmuje z siebie też ortalionową kurtkę, którą miał na sobie i wiesza ją na wieszaku przy drzwiach. Louis idzie w głąb mieszkania.

                - Poczekaj, dam ci coś do wytarcia się. Nie miałeś parasolki albo czegoś w tym stylu? – pyta głośniej, kierując się do sypialni po ręcznik, który wyciąga z szafy. Kiedy wraca do salonu, Harry już siedzi na kanapie, nogi trzymając pod brodą.

                - Nie, niestety nie. Nie pomyślałem.

                - Ale przecież pada cały dzień. – Louis marszczy brwi, podając mu ręcznik, którym chłopak natychmiast zaczyna wycierać już wcześniej roztrzepane włosy.

                - Wychodziłem z domu o piątej, wtedy nie padało – wyjaśnia Harry, patrząc na szatyna kątem oka.

                - Piątej rano?

                - Tak.

                I, och, Louis nie ma pojęcia co na to odpowiedzieć. Myśli, że Harry jest naprawdę dziwnym nastolatkiem, właściwie już młodym dorosłym, bo przecież skończył osiemnaście lat. Nie wie, czy powinien zapytać, czym zajmuje się chłopak, bo to jego sprawa, a ich relacja jest dziwna, jednak naprawdę chciałby wiedzieć co robi, gdzie pracuje. Ostatecznie widzieli się dopiero trzy razy. Lub aż. Louis nie wie w jakich kryteriach to rozpatrywać.

                - Um, dać ci jakieś ciuchy? Musi być ci cholernie zimno, możesz zachorować – mówi, kiedy orientuje się, że stanie w miejscu jak głupek i tylko przyglądanie się Harry’emu może być nieco dziwne.

                - Jeśli byś mógł?

                Ponownie idzie do pokoju i wraca z jakąś bluzą, którą dawno temu kupiła mu Eleanor, ale tak naprawdę nigdy w niej nie chodził, a także dresami. Rzuca te rzeczy Harry’emu i siada na fotelu, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć. Może zaproponowałby herbatę albo coś, ale po pierwsze nie chce mu się wstawać, a po drugie to brzmiałoby trochę tak, jakby mu się narzucał lub, co gorsza, opiekował nim.

                Harry ściąga z siebie mokre ciuchy, wiesza je na grzejniki, po czym zakłada te suche, nie przejmując się w ogóle obecnością Louisa.

                - To co dziś robimy?