piątek, 16 października 2015

Rozdział III

PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA ŚWIADKA. Maura Horan, urodzona 18 kwietnia 1968 roku, zamieszkała w Beverley przy ulicy Singston 28, wykształcenie średnie, bezrobotna. Stosunek do stron: żona Hanka Horana (ofiary). Niekarana za składanie fałszywych zeznań.
Uprzedzona o odpowiedzialności karnej z art. 233 kk zeznaję, co następuje:
Hanka Horana poznałam wiosną roku 1984. Ja miałam wtedy dwadzieścia cztery lata, on trzydzieści jeden. Poznaliśmy się na jakiejś domówce, już nie pamiętam dokładnie jakiej. Od razu się sobie spodobaliśmy. Pobraliśmy się dwa lata później, nie chcieliśmy dłużej czekać. To były inne czasy, wtedy żeniło się bardzo wcześnie. Rodzice Hanka byli niezadowoleni, że był po trzydziestce i wciąż nie miał żony, dlatego wręcz nalegali, byśmy się pobrali. Moi rodzice nie pochwalali tego związku, twierdzili, że Hank był dla mnie zbyt stary, że powinnam znaleźć sobie kogoś młodszego. Ale w końcu nas zaakceptowali. Po ślubie zamieszkaliśmy razem, ogólnie układało nam się dobrze.
Louis jest zadowolony. Kobieta mówi w miarę rzetelnie, rzeczowo odpowiada na pytania, nie zalewając się co chwilę łzami. Jest smutna, przygnębiona i jakby zrezygnowana, jakby przewidywała taki obrót zdarzeń od początku. Szatyn nie do końca jeszcze wie co o tym myśleć, ale czuje, że jest na dobrej drodze.
Kobieta przestała mówić. Ogólnie układało nam się dobrze. To zdanie zapisał jako ostatnie.
- Dopóki? – pyta, obracając w dłoniach długopis i patrząc się prosto w jej oczy.
- Dopóki nie zaczął pić.
Louis poszerza swój lekki uśmiech, ale w rzeczywistości wolałby, żeby kobieta kłamała. Widocznie jest na tyle mądra, by tego nie robić. Szkoda.
Reszta jej wypowiedzi dotyczy nałogu Hanka. W ogóle nie wspomina o tym, że ona też lubiła pić. Zaczyna płakać, kiedy Louis pyta o to, czy bił dzieci, ale mimo to zaprzecza. Tomlinson wie, że kłamie.
                Jej dalsze zeznania dotyczą tego, co robiła w noc zaginięcia mężczyzny. Ma alibi, była u swojej przyjaciółki i jej męża, ale nie jest ono zbyt mocne. Równie niegodne zaufania małżeństwo, co jej i Hanka. Twierdzi, że mężczyzna z domu wyszedł około południa, a później już go nie widziała. Niall to potwierdza.
                Wszystko to śmierdzi na kilometr. Tylko Tomlinson jeszcze nie do końca jest pewien czym.
-
                Przed czternastą z nieba nieśmiało zaczyna kropić deszcz. Louis stoi przy oknie w swoim biurze i patrzy na to, paląc papierosa. Wstąpił tam tylko na chwilę, zaraz musi wychodzić, ale jakoś nie bardzo ma na to ochotę. Na ulicy widzi Holmes, która chowa się pod parasolką, więc szybko zgarnia swój płaszcz z oparcia krzesła i wychodzi, uprzednio zamykając drzwi.
                Po przesłuchaniu Horan, szatyn spotkał się z Liamem i kazał znaleźć wszystkich, którzy mogli widzieć kobietę idącą do Blacków tamtego wieczoru. Ich również kazał przesłuchać, ale z tym raczej nie będzie większego problemu.
                Louis zimno przywitał się z Holmes i najpierw otworzył jej drzwi, dopiero potem samemu wsiadając do swojego samochodu. Mieli pojechać do szpitala. Swoją drogą, był zdziwiony, że w tej dziurze mieli oddział patomorfologii, ale nie narzekał. Jakoś nie chciało mu się odbywać długiej drogi do większego miasta. Zwłaszcza z Holmes.
                - Nie wiedziałam, że jest pan dżentelmenem – odzywa się kobieta z lekko uniesionymi brwiami, a Louis prycha.
                - Jest pani zdziwiona, że potrafię się zachować?
                Holmes nie odpowiada, Tomlinson się nie przejmuje. Włącza tylko radio i stara się nie nucić, kiedy w samochodzie rozlegają się dźwięki Halo Beyonce.
Żałosny.
-
                Na jednym ze stołów leży rozczłonkowane, zupełnie białe ciało Hanka Horana. Nogi chude, pijacki, porządny brzuch, za to ręce silne, jakby mężczyzna kiedyś podnosił ciężary lub pracował fizycznie, może na budowie. Nieprzyjemnie wąskie usta, szeroki nos, z którego, po bliższym przyjrzeniu się, wystaje kilka ciemnych włosów. Głęboko osadzone, duże oczy, odstające uszy i lekko posiwiałe już włosy.
                Trzasnęły drzwi, zza których wyłonił się przystojny mężczyzna koło czterdziestki. Miał ciemne włosy, uformowane w quiffa i przyjazny uśmiech, z jakiegoś powodu na stopach eleganckie, skórzane buty. Spod białego kitla wystawały obcisłe dżinsy w klasycznym, ciemnoniebieskim kolorze. Uroczo. Robi się po prostu lepiej i lepiej. Chyba nie rozmawia właśnie z lekarzem sądowym, tylko wysoko opłacanym chirurgiem, który pracuje we własnej klinice i dostaje masę pieniędzy za przerabianie nosów i powiększanie cycków własnym kochankom. Jezusie. Czym takim Louis sobie na to zasłużył? Już i tak jest samotny i zgorzkniały, nie potrzeba mu jeszcze użerać się z takimi ludźmi.
                Pokonując chęć zachowania się jak kompletny gbur, Louis wyciągnął rękę w stronę mężczyzny.
                - Louis Tomlinson, prokuratora rejonowa.
                Mężczyzna uśmiechnął się pseudo czarująco i delikatnie ścisnął jego rękę swoją wypielęgnowaną, gładką dłonią. Prawdopodobnie gdyby pozwalała mu na to jego praca, jego paznokcie muśnięte byłyby odżywką.
                Louis zdecydowanie sobie na to nie zasłużył.
                - Nicholas Grimshaw, ale wystarczy Nick. Bardzo mi przyjemnie, Hanna mi o panu opowiadała.
                Mówił zbyt wolno i wydumanie, jakby chciał wywrzeć dobre wrażenie, ale jego jedynym doświadczeniem w tej kwestii było oglądanie słabych filmów amerykańskich z ubiegłego wieku.
                Grimshaw wyciągnął z kitla gumowe rękawiczki i naciągnął je z trzaskiem, szczerząc się serdecznie. Podszedł do stołu z ciałem, a prokuratorzy wycofali się pod ścianę, na krzesełka, które tam stały. Brunet wcisnął guzik dyktafonu.
                Jest 3 października 2014 roku, oględziny zewnętrzne i otwarcie zwłok Hanka Horana, lat pięćdziesiąt cztery, przeprowadza Nicholas Grimshaw, biegły w zakresie medycyny sądowej, w zakładzie anatomopatologii Samodzielnego Publicznego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowotnej w Beverley. Obecni prokuratorzy Hanna Holmes i Louis Tomlinson. Oględziny zewnętrzne…
                Siedzieli w ciszy, słuchając monotonnego głosu mężczyzny, opisującego kolejne czynności. Kobieta wzdrygnęła się, kiedy Grimshaw piłą przecinał mostek. Na szczęście stał on do nich tyłem, więc nie widzieli zbyt wiele. Louis pokrótce opowiedział jej przesłuchanie Maury Horan, ale nie zadawała pytań na ten temat. Nie było po co, było zbyt wcześnie, by wysuwać ewidentne wnioski. Louis chciał zapalić, ale żeby to zrobić musiałby wyjść na dwór, na deszcz i zimno, i pewnie zostać ochlapanym brudną wodą przez przejeżdżający autobus. Wolał przecierpieć.
                Wkrótce Grimshaw skończył i podszedł do nich, już bez rękawiczek.
                - Chodźmy porozmawiać – powiedział, a Louis zerknął za niego, gdzie leżały otwarte zwłoki, narządy wewnętrzne znajdowały się tak po prostu na widoku, kości bieliły się pośród całej tej czerwieni, a biała skóra zwisała bezwładnie. – Och, proszę się nie obawiać. Mój asystent ją zszyje – dodał mężczyzna z uśmiechem.
-
                Grimshaw przebrał się z kitla i miał teraz na sobie koszulę w granatową kratę, przez co strasznie przypominał Louisowi mniej umięśnioną i dużo bardziej irytującą wersję Liama Payne’a. Wyglądał jak koleś sprzedający w telewizji cudownie odchudzające opaski albo gazy odprowadzające z organizmu toksyny. Tak też się zachowywał. Jakby na siłę próbował opchnąć światu kit, że jest idealnym człowiekiem, poprawnym pod każdym pieprzonym względem. Prawdopodobnie nie miał żony, a jeśli miał, to była blondynką, właścicielką fitness klubu, która codziennie odwiedzała kosmetyczkę, by zrobić sobie manicure. I oczywiście nie miała czasu na dzieci. Ale co taka kobieta robiłaby w tej dziurze…
                Louis zastanawiał się, czy trafił. A może Nicholas był gejem. Szatyna nic by nie zdziwiło.
                - W sumie to nie ma bardzo o czym mówić – zaczął mężczyzna swoim firmowym głosem, w ogóle nie przypominającym tego, którego używał podczas oględzin. – Cięcia są bardzo precyzyjne, wykonane prawdopodobnie brzytwą, tasakiem lub czymś podobnym, w każdym razie musiało to być ogromne. Gdy to się stało żył, ale był nieprzytomny. Osoba, która to zrobiła także umyła ofiarę, bo na pewno wszystko było we krwi. Nie wiem po co, skoro potem i tak go zakopał… - dodał z zamyśleniem. Był rzeczowy, to Louis musiał mu przyznać.
-
                Niewyżyty dzwoni do niego koło dwudziestej pierwszej z pytaniem, czy może przyjść. Louis wydaje z siebie głośne westchnięcie, nawet nie starając się ukryć lekkiego poirytowania. Miał pracowity dzień, jest naprawdę zmęczony, szarlotka Królowej Lodu nie dodała mu zbyt wielu sił i chyba ostatnią rzeczą, której pragnie, jest uprawiać seks z tamtym kolesiem. Louis rozumie – mała wiocha na końcu świata, mało społeczności LGBT, mało chętnych penisów, które mogą go wypieprzyć. Ale też nie rozumie, dlaczego chłopak tak bardzo się go uczepił. Niewyżyty ma niezłe ciało, Louis ma wystające kości i po jego wiecznej opaleniźnie nie zostało już nic. Nawet jego tyłek wydaje się być jakoś mniej okrągły, co na początku bardzo ugodziło w jego ego, jednak teraz już nauczył się żyć z faktem, że jego najlepsze lata minęły.
                Więc Louis odmawia Niewyżytemu, tłumacząc się bólem głowy i zmęczeniem. Powinien wymyślić jakąś inną wymówkę. Kiedyś to była wymówka, teraz powoli staje się ona prawdą. Prawdopodobnie musi pójść przebadać się od anemii, czy czegoś w tym stylu. Już dawno nie był na badaniach, to fakt.
                Jakieś piętnaście minut po rozłączeniu się przez Louisa, mężczyzna słyszy dzwonek do drzwi. Nie ma pojęcia kto to może być, przecież nie zna tutaj nikogo, kto by go polubił odrobinę bardziej niż trochę, ale wtedy przychodzi mu do głowy Niewyżyty i zaciska zęby. Jeśli to naprawdę on, to chyba mu coś zrobi. Naprawdę nie ma ochoty na kłótnię z nim. Nie ma ochoty nawet na głupią rozmowę.
                Ale za progiem stoi Harry. Wysoki, lekko naiwny nastolatek z pełnymi, krzywymi ustami i ładnymi oczami. W dłoniach trzyma jakieś plastikowe pudełko i szczerzy się tak szeroko, że Louis nie może się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, który ma w sobie jedynie nutkę szyderczości.
                - Cześć? – To bardziej pytanie niż normalne powitanie i nie do końca rozumie, dlaczego w ogóle dodał ten głupi znak zapytania na końcu zdania. Dlaczego już z przyzwyczajenia stara się być taki jak zwykle, zgorzkniały i wredny, nie respektujący życzliwego zachowania innych, patrzący na wszystko nieprzychylnym wzrokiem. Tak, tego wymaga jego praca. Chłodnego podejścia do sytuacji. Ale to inna sprawa, to inna sprawa, kiedy to, co dzieje się w jego pracy przekłada się na jego życie prywatne, rodzinne. Szkoda, że tę rodzinę już stracił. Przez własną głupotę, chęć oddzielenia się od wszystkiego, od rutyny, nawet od Eleanor, zwłaszcza od Eleanor. A przecież kiedyś ją kochał.
                Potrząsa głową, starając się nie dopuścić do tego, żeby łzy wydostały się spod jego powiek. Ostatnio stał się takim płaczkiem, żałosne. Może to kryzys wieku średniego, może powinien kupić sobie nowe auto.
                - Przepraszam, co mówiłeś?
                Użył słowa przepraszam, to krok w dobrą stronę. Mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości, bla bla bla.
                - Mówiłem, - Harry powtarza cierpliwie, kładąc nacisk na to słowo, ale mimo to się uśmiechając – że widziałem cię dzisiaj na ulicy, około południa. Wyglądałeś na zmęczonego, więc stwierdziłem, że przyjdę i pomogę ci się rozluźnić! – mówi entuzjastycznym tonem. Jest dwudziesta pierwsza, naprawdę, ile ten dzieciak pije kawy i wpieprza ciastek, że ma tyle energii? Dobra, Louis w jego wieku o tej porze imprezował, ale na pewno nie był aż tak entuzjastycznie nastawiony do wszystkiego. Harry chyba widział wszystko w zbyt wyidealizowany sposób.
                - Oh? – pyta Louis głupio. Naprawdę nie może nic poradzić na fakt, że słowo ,,rozluźnienie”, wypływające z ust chłopaka, którego pieprzył tak niedawno, kojarzyło mu się tylko z jednym.
                - I przyniosłem ciasto!
                Jego oczy błyszczą tak, że szatynowi robi się głupio, że wciąż stoją w progu. Obraca się więc bokiem do drzwi, a Harry przechodzi obok niego.

                - Czy mógłbyś to potrzymać, proszę? – pyta, balansując na jednej nodze i wyciągając dłoń, w której trzymał pudełko z ciastem w stronę Louisa, który zabiera je z uniesioną brwią. Harry zdejmuje ze stóp swoje naprawdę zniszczone trampki i schludnie ustawia je pod ścianą, po czym prostuje się dumnie. Nadal uśmiecha się szeroko, przypominając szatynowi żabę. – Obejrzymy coś?