sobota, 12 września 2015

Rozdział II

Przepraszam, że tak długo to minęło, ew. Mam nadzieję, że się wam spodoba i proszę o komentarze. xx
________________________
Louis przewraca się z boku na bok, wzdychając ciężko i już po chwili tego żałując. Musi być cicho, w jego łóżku, po zaszczytnej lewej stronie leży dziecko, które prawdopodobnie ma lekki sen. Cóż, dziecko ma dziewiętnaście lat i samo wepchnęło się pod jego kołdrę, ale zawsze coś.
Otwiera oczy, nie mogąc już dłużej leżeć w bezruchu. Podnosi się powoli, bojąc się każdego skrzypnięcia materaca. Obraca się, by spojrzeć na leżącego chłopaka. Wygląda całkiem uroczo, ma przybrany, delikatny uśmiech, a potargane loki okalają jego twarz. Louis czuje, że chłopak zabawi w jego niewielkim mieszkaniu na dłużej, a po drugim razie trzeba będzie pomyśleć nad ksywką.
Wychodzi do kuchni, by zrobić sobie kawę. I tak nie może spać, więc równie dobrze może pomyśleć, poczytać książkę, zrobić coś produktywnego. Cokolwiek. Byle by tylko zająć czymś ręce. Ta cała sprawa z nogą niepokoiła go, mimo jego doświadczenia. Oczywiście, cieszył się, bo wreszcie miał porządnego trupa. Lub kończynę tego porządnego trupa, jednak człowiek latający po niewielkim miasteczku, który precyzyjnie odcina ludziom nogi, może, cóż, nie być najlepszym powodem do szczęścia. Scena rodem wzięta z amerykańskiego horroru. Szkoda, że noga nie należała do Afroamerykanina, wtedy to już po prostu byłby plagiat.
Louis zalewa dwie łyżeczki sproszkowanych ziaren wrzącą wodą. Nie słodzi, chociaż pewnie powinien, jest stanowczo zbyt chudy. Bierze z blatu zapalniczkę i idzie do przedpokoju, żeby wyjąć z kieszeni marynarki papierosy. Powinien był wziąć szlafrok, kiedy wychodził z sypialni, jest mu stanowczo zbyt zimno w samych bokserkach. Pieprzona brytyjska jesień. Za dwa tygodnie pewnie dostanie kataru, a za trzy – zapalenia płuc i umrze w tym maleńkim szpitalu samotnie. Może to nawet lepiej.
- Kurwa! – krzyczy, kiedy potyka się o dywanik w korytarzu i ciężko łapie się ściany. Ten dzień jest tylko lepszy i lepszy, rano spadł z łóżka, a teraz to. Właściwie to jest już jutro, jest pewnie koło trzeciej, ale kto by się wdawał w szczegóły.
Kiedy drzwi się otwierają, a z pokoju wychyla się zaspana twarz Harry’ego, on nadal trzyma się ściany, będąc na wpół zgiętym i wypiętym tyłkiem w stronę chłopaka, jakby coś strzyknęło mu w plecach i w ogóle nie mógł się ruszyć. Ale tak nie jest, więc prostuje się szybko, odwracając w jego stronę.
- Hej, Louis, um, nic ci nie jest? – pyta zaspany. Ziewa przeciągle, drapiąc się w czubek głowy. Nie wygląda na zbytnio przejętego.
- Nie, nie. Potknąłem się tylko na tym cholerstwie – mówi, kopiąc ze złością w dywanik, który tylko odgina się trochę do góry i wraca na swoje miejsce, nic nie robiąc sobie ze złości właściciela. – Wiedziałem, że trzeba było to wypierdolić wtedy, kiedy się wprowadzałem.
Harry krzywi się lekko na jego przekleństwo, ale ignoruje je, zamiast tego pytając:
- Dlaczego wstałeś?
- Nie mogłem spać – odpowiada mężczyzna, idąc do marynarki, żeby wyciągnąć z niej papierosy. Bierze je i otwiera paczkę, wyciągając jednego. Wkłada go między usta i odpala zapalniczką, którą przez cały czas nieświadomie trzymał w ręce, nic sobie nie robiąc z obecności chłopaka. Ma nadzieję, że da mu tym samym do zrozumienia, że nie ma ochoty na kolejny numerek, ale Harry nawet się do tego nie pali. Może ten dzień jednak jest dobry. W końcu ktoś nie męczy go w środku nocy, każąc mu wyczyniać niestworzone rzeczy.
- Och, okay – odpowiada Harry. – Przyjdziesz potem?
W korytarzu jest dosyć ciemno, więc Louis nie widzi zbyt dokładnie wyrazu jego twarzy. Nie wie co wnioskować.
- Um, po co?
- Jest mi trochę zimno, kiedy nie leżysz obok mnie.
Och. Więc jednak emocjonalny chłoptaś. Będzie ciężko.
-
                - Że co kurwa?! – krzyczy Louis, natychmiast podrywając się z łóżka. Cholera, to zmienia postać rzeczy. Tylko dlaczego muszą dzwonić do niego o takich katorżniczych porach?
Harry obok niego wierci się i podnosi po chwili, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami i zamglonym od snu wzrokiem, ale ma pewien rodzaj błogiego wyrazu twarzy, który chyba świadczy o tym, że dobrze mu się spało. Szczerze mówiąc, chyba trochę zbyt dobrze, jak na ten durny, twardy materac. Louis mógłby kupić lepszy, oczywiście, ale nie ma na to ani ochoty, ani siły. Zresztą to i tak nieznacznie poprawiłoby jego komfort życia.
 Louis wychodzi z łóżka, nadal mając telefon przyciśnięty do ucha.
                - Tak, jasne, mój Boże, zaraz będę.
                - Um, coś się stało? – pyta Harry, a jego głos jest nieco zachrypnięty od spania.
                - Jestem prokuratorem, a mój telefon dzwoni o piątej nad ranem, na co ja reaguję bardzo głośnym i bardzo mało entuzjastycznym „że co kurwa”. Nie, tylko przywieźli moje ulubione bułeczki do sklepu na rogu. – Uśmiecha się krzywo, wciągając na siebie spodnie od garnituru. – A teraz, niesamowicie mi przykro, że jestem taki niegościnny, ale wypad z mojego mieszkania. – Cóż, po jego głosie można poznać, że wcale nie jest mu przykro.
                - Um, jasne. Tak. – Harry wychodzi z łóżka i starannie układa pościel po stronie łóżka, na której spał. Co z tego, że prześcieradło jest wymięte i ma na sobie żółte plamy zaschniętej spermy, ważne, że kołdra i poduszka są perfekcyjnie ułożone. Pieprzyć logikę. Ale Louis nie komentuje tego. Pierwszy raz spotkał się z takim zachowaniem. Może przy odrobinie szczęścia Harry umyje mu jeszcze naczynia i zrobi pranie.
-
                Louis spogląda w dół i odrzuca płachtę, a Liam Payne subtelnie odwraca wzrok. Normalnie szatyn nazwałby takie zachowanie amatorskim, ale wie, że mężczyzna taki nie jest. Prawdopodobnie jest po prostu zbyt dobrze ułożony, by patrzeć na nagie zwłoki. Właściwie to prawdopodobnie nawet nie można tego nazwać zwłokami. Noga, dwie pary rąk, głowa, korpus, penis. Wszystko zgrabnie odcięte i prawidłowo ułożone na zimnej, wilgotnej ziemi. Louis tylko uśmiecha się, nawet nie mając pojęcia, co bawi go w tej sytuacji.
- Kto to? – pyta.
- Hank Horan – odpowiada Payne.
- Super, a teraz powiedz mi kto to.
- Um, myślę, że można go nazwać takim miejscowym pijaczyną?
- Więc nie miał pracy?
- Chyba czasami dorabiał sobie tu i tam, ale nigdzie nie chcieli przyjąć go na stałe. Zresztą sądzę, że on też nie za bardzo się palił do roboty.
- Rodzina?
- Miał żonę i dwóch synów. Z tego co wiem, starszy wyjechał do Manchesteru, młodszy, Niall, niestety musiał zostać w mieście.
- Och, rozumiem. – Louis uśmiecha się. – Oczywiście już ich poinformowałeś?
- Syna tak, matki nie było w domu, a on nie wiedział, gdzie jest.
- Och, wspaniale! – Klaska w dłonie, jakby to była nowina roku. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Słucham? – Holmes dyszy w jego ucho, a Louis odwraca się szybko i bardzo chce zrobić krok do tyłu, ale niestety wtedy wdepnąłby w biały brzuch Hanka Horana. Z całą pewnością nie byłoby to przyjemne doznanie.
Oddech Holmes pachnie jak kawa.
- Och, wspaniale – powtarza monotonnym tonem. – Znaleźć, przesłuchać, zamknąć.
- Wiem, co pan powiedział – odpowiada oburzonym tonem i sama cofa się do tyłu, kiedy Louis krzywi się.
- Następnym razem jak coś pani usłyszy, to niech pani nie mówi „słucham”. – Uśmiecha się krzywo.
- Dlaczego chce pan zamknąć tę kobietę? Nawet jeszcze nie została przesłuchana.
- Ta, cóż, ale jest żoną zabitego pijaka i w noc zakopania jego ciała nie było jej w domu.
- No i co z tego? Może mieć alibi.
Louis klepie jej ramię z politowaniem.
- Tak, tak. Na pewno ma.
Odwraca się do Liama, nie zważając na to, że usta kobiety już otwierają się, by coś odpowiedzieć.
- Gdzie ten dzieciak? I dlaczego do cholery jesteśmy w czyimś ogródku?
- Nialla przesłuchuje Zayn. I nie mam pojęcia dlaczego jesteśmy w ogródku należącym do nauczycielki w lokalnym liceum. Ale została już przesłuchana. Mówiła, że wstała o czwartej rano, ponieważ chciała sprawdzić sprawdziany i pijąc kawę, zauważyła, że jej trawnik został naruszony. Więc wyszła z domu, wzięła łopatę i cóż, dokopała się do tego. Och! I myślę, że ważną sprawą jest, że była kiedyś wychowawczynią Nialla.
- Cudnie! – Ponownie klaszcze w dłonie. – To teraz czekamy na ekipę. Gdzie jest Holmes?
Odwraca się gwałtownie i zbyt energicznie, więc uderza kobietę w biust. Ona wygląda na zirytowaną, wszyscy wokół na rozbawionych. Widocznie nie szaleją za nią zbytnio.
- Przepraszam – mamrocze z niemal niezauważalnie uniesionymi kącikami ust, co mogłoby zasugerować, że zrobił to specjalnie. Nie zrobił, ale w sumie dobrze się stało. – Musi mi pani opowiedzieć więcej o tej rodzinie.
 -
                Louis Tomlinson był niezadowolony. Niewytłumaczone zadowolenie, które wypełniało go rano, teraz go opuściło, sprawiając, że znowu był swoim profesjonalnym, mało entuzjastycznym sobą. Emocjonalna opowieść Holmes o Horanach przyniosła sporo informacji i sprawiła tylko, że Louis był jeszcze bardziej przekonany, że morderstwo popełniła szyja rodziny. Lub ewentualnie ten dzieciak. Albo razem. Hank Horan był nadużywającym alkoholu eks inżynierem, Maura Horan pracowała jako sprzątaczka w szkole podstawowej, a Niall Horan był ich dzieckiem. Miał jeszcze brata, Grega, który jako jedyny się wyrobił i idąc po rozum do głowy, spieprzył tak daleko od Beverley, jak tylko mogły mu na to pozwolić jego nawet niezłe oceny i niewielka suma zarobionych pieniędzy. Louis powinien był zrobić to samo, póki jeszcze mógł. Ale teraz chyba było już za późno.
-
                Louis westchnął ciężko, wrzucając do kosza karton skiśniętej maślanki, kilka plastrów zeschłej wędliny i pół bakłażana. Po zastanowieniu dorzucił do tego jeszcze sushi kupione w Tesco. Cały czas kupował za dużo, z jakiegoś powodu kiedy robił zakupy, jego mózg przestawał kierować rękoma, przez co praktycznie co dwa, trzy dni musiał wyrzucać jedzenie. To było żałosne, że nadal nie mógł się przestawić, że nadal nie mogło do niego dojść to, że nie miał już rodziny. Że do jego domu w każdy piątek nie schodzili się albo jego kumple z pracy, albo koleżanki jego żony. Nie mogło do niego dojść, że już raczej nikt nie zaprosi go na grilla w niedzielne popołudnie.
                Posiłki były nawet bardziej okropne, niż przychodzenie do domu z toną zakupów i orientowanie się, że znów nakupił jedzenia jak dla trzyosobowej rodziny. Jadł w samotności, po jakimś czasie rezygnując nawet z włączania radia lub telewizora. Ta głupia imitacja ludzkiej obecności irytowała go, wpędzając w nawet większe przygnębienie. Spieprzył. Wiedział to. Wiedział, że nie jest tak szczęśliwy w Beverley, jak był w Londynie. I może oszukiwał samego siebie, kiedy rano całował Eleanor w policzek, może palił trochę za dużo papierosów i praktycznie cały czas udawał, że czuje się dobrze, że monotonia dużego miasta go nie męczy, ale przynajmniej miał kogoś, z kim mógł normalnie porozmawiać. Nie o odciętych nogach, paragrafach albo wymyślnych ciastach. Nie o seksie, bezsennych nocach i nieistniejących uczuciach.
Myślał, żeby wrócić do Londynu, ale nie miał do czego. Myślał, żeby znaleźć kogoś, kto nie będzie tylko wkładem do łóżka, ale nie miał na to siły. Nie miał siły na nic.
Wrzucił do kosza jeszcze zeschniętą grahamkę i westchnął ponownie. To nie tak, że był całkowicie samotny. Miał jeszcze Eleanor, miał Vivian. Sięgnął po telefon leżący koło kuchenki i wszedł w kontakty. Zaczął przewijać, minął literę ,,e”, aż w końcu doszedł do ,,s”. Cholera, już dawno powinien był zmienić nazwę. Słońce. Był taki żałosny. Nie mówił do Eleanor tym przezwiskiem już przynajmniej dwa porządne lata. Z zaciśniętym żołądkiem nacisnął przycisk wybierania.
- Halo?
- Cześć, to ja.
- Wiem przecież, wciąż jeszcze nie usunęłam twojego numeru. Czego chcesz?
Była niemiła, ale Louis nawet nie mógł się zdobyć na winienie jej za to. To wszystko była jego wina. To on był tym złym w tej całej sprawie.
- Chciałem się zapytać co u V.
- Wszystko dobrze, dzisiaj są u niej przyjaciółki, więc jeśli chciałeś z nią porozmawiać, to…
- Och. Nie, w porządku. Rozumiem.
Niewidzialna ręka na jego żołądku zacisnęła się jeszcze bardziej, wbijając w niego ostre i długie paznokcie, a następnie ciskając nim w dół.
- Będą nocować? – zapytał, ciężko przytrzymując się blatu.
- Tak. Louis, proszę cię, jeśli chcesz czegoś konkretnego, to powiedz, muszę im jeszcze przygotować kolację.
- Ugh, tak. Kiedy V mnie odwiedzi? Odnoszę wrażenie, że utrudniasz nam kontakty.
- Louis, nie wiem, sam jej zapytasz, kiedy będzie wolna. Doskonale wiesz, że ona nie lubi tamtego miasta. Poza tym gdybym próbowała je utrudniać, to nikt nie mógłby mnie winić, po tym co zrobiłeś.
- To może ja przyjadę.
- Tak. Może. Jak chcesz. – Jej głos był znudzony i zmęczony. – Louis, to wszystko? Proszę, mam sporo pracy.
- Tak, dobrze. Ucałuj ode mnie V, kocham ją.
- Dobra.

Louis czekał, aż powie coś jeszcze, ale nic takiego się nie stało. Słyszał w tle głosy dzieci i granie radia. Przełknął ciężko ślinę i nacisnął czerwoną słuchawkę, a w trzypokojowym mieszkaniu w Beverley zapadła niczym niezmącona cisza.